sobota, 28 lutego 2015

12. Noc oprawców


W cieniu katyńskiej zbrodni pozostają liczne masakry cywilnej ludności, dokonane przez NKWD w 1941 roku na terenach południowo-wschodniej Polski. Były to akty ludobójstwa, dokonane w pośpiechu, na rozkaz z Moskwy, w przepełnionych więzieniach Lwowa, Stanisławowa i wielu innych miast. W Stryju mieszkańcy kamienic zlokalizowanych przy ulicy Trybunalskiej opowiadali, że w nocy poprzedzającej wycofanie się Sowietów z miasta usłyszeli dochodzące z pobliskiego więzienia odgłosy masowej egzekucji. Trwającemu przez wiele godzin hukowi wystrzałów wtórowały krzyki i jęki mordowanych. Dopiero o świcie nastała tam cisza, świadcząca o ucieczce oprawców.
Kilku śmiałków sforsowało wówczas mur otaczający dziedziniec więzienia i otworzyło jego stalową bramę, przed którą zaczął się już gromadzić tłum zaniepokojonych ludzi.
- Wieść o odkryciu licznych zwłok szybko obiegła całe miasto - mówi jedna z czytelniczek mojego "brulionu", starsza już pani, pragnąca ocalić od zapomnienia fakt dokonanej tam zbrodni. - Mieszkałam przy ulicy Jagiellońskiej. Około godziny jedenastej usłyszałam przez otwarte okno zbiorowe krzyki wielu osób, idących od strony więzienia. Niektórzy płakali. Zrozumiałam, że stało się coś strasznego. Przywołałam zaprzyjaźnioną ze mną sąsiadkę i poszłyśmy na ulicę Trybunalską. Pod bramą więzienia było mnóstwo ludzi. Rozlegały się głośne zawodzenia zrozpaczonych kobiet. Na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu wiele osób zgromadziło się nad otworem głębokiego szamba. Kłębiły się tam liczne zwłoki. Rozpoznałam wśród nich ciało profesora męskiego gimnazjum. Wśród zabitych były też zwłoki pewnej Ukrainki, która za życia pracowała jako kucharka w stołówce. Nie wiem czym sobie zasłużyła ta prosta kobieta na tak straszną śmierć. Nie ma też żadnego wytłumaczenia dla zabicia kogokolwiek z uwięzionych przez NKWD mieszkańców Stryja. Bałam się, że Sowieci mogą jeszcze powrócić, ale mimo to podobnie jak wiele innych osób, weszłam do budynku więzienia. Na kilku jego piętrach znajdowały się pootwierane cele. Jedna z nich, o wielkości typowej łazienki, służyła chyba jako miejsce straceń. Jej podłoga była zalana krwią. Do ścian przymocowano stalowe kleszcze i łańcuchy. Doznałam szoku. Czym prędzej pobiegłam do domu. Przeraziłam się jeszcze bardziej, gdy na moim obuwiu dostrzegłam krew.
Po odejściu Sowietów ze Stryja odkryto też liczne zwłoki w studzience kanalizacyjnej w pobliżu budynku sądu i w zagajniku koło osady Marcinówka, znajdującej się tuż za miejskim parkiem Olszyna. Przytoczone fakty znam tylko ze słyszenia, bo w czasie tych wydarzeń przebywałem na wsi. Nie mogłem jednak pozbyć się uczucia grozy, gdy przechodziłem obok murów więzienia.
Wkrótce znów ujrzałem Rosjan, ale już nie budzili oni we mnie strachu. Byli to wzięci przez Niemców do niewoli żołnierze. Duże grupy tych głodzonych i obdartych jeńców zatrudniano przy ziemnych robotach. Przechodnie podawali im papierosy i kawałki chleba.
Największy obóz jeniecki znajdował się w pobliżu odwiedzanych przeze mnie Grabowiec. Ogrodzono tam drutem kolczastym teren byłego lotniska i trzymano na nim pod otwartym niebem setki, a może i tysiące młodych mężczyzn. Wyglądało na to, że zostali skazani na śmierć z zimna i głodu. Współczułem im. Pewnego dnia, w czasie jesiennej szarugi, z uznaniem przyglądałem się odważnym poczynaniom kilku wiejskich kobiet, które przydźwigały wielki kocioł wypełniony gorącymi ziemniakami i sypnęły nimi pod nogi wyczekujących za ogrodzeniem jeńców. Ten przejaw zwykłej, ludzkiej solidarności wzruszył chyba nawet niemieckich strażników, bo udali, że nie zauważyli zbiegowiska na skraju obozu.

Edwin Walter

niedziela, 22 lutego 2015

11. Niezwykli ludzie


Kazimierz Podhajecki ma ponad siedemdziesiąt  lat, mieszka w Stryju przy ulicy Łesi Ukrainki 57. Jego twarz zdobi wysokie czoło i z fantazją zakręcony wąs. Siedzi przy biurku, na którym ustawiona jest miniaturowa rzeźba, przedstawiająca Józefa Piłsudskiego.
– Mam zostawić Stryj sierotą? – odpowiedział na pytanie czy chce przenieść się do Polski.
Rozmowę prowadził redaktor Stanisław Auguścik podczas robienia zdjęć do filmu z cyklu reportaży z kresów wschodnich. Jego film o Stryju skopiowałem i przechowuję w domowej wideotece, aby co jakiś czas zajrzeć na kilka chwil do mojego rodzinnego miasta. Starszy ode mnie o dziewięć lat Kazimierz Podhajecki stał się poniekąd moim znajomym. Słuchając jego opowieści staram się zrozumieć, co go skłoniło do pozostania w opuszczonym przez Polaków środowisku. Przyjmuję jego wyjaśnienie.
– Za księdza Cisły my, ministranci, przysięgali, że nie opuścimy naszej matki, Królowej Korony Polskiej i tej przysięgi nigdy nie chcę złamać. Zostanę tu dopóki żyć będę.
Wierny strażnik polskości Stryja musiał jednak wcześniej opuścić swoje miasto na szereg lat. Z chwilą wycofania się stamtąd okupantów niemieckich udał się wraz z oddziałem Armii Krajowej w lasy kieleckie. Gdy wrócił do Stryja, to sowieccy „wyzwoliciele” z miejsca go aresztowali. Przez siedemnaście dni czekał na wykonanie wydanego na niego wyroku śmierci, ale zmniejszono mu tę karę na dwadzieścia lat katorgi. Po jedenastu latach pobytu w łagrach powrócił do Stryja. Inni, którzy opuścili to miasto, wracali i jeszcze wracają do niego już tylko myślami.
Urodzony tam Mieczysław Magiera napisał w Londynie:
Na herbie bluźniercza czerwona blizna
Zdradzony bastion, Sobieskiego chluba
Za drutem kolczastym cenna polska zguba
Mój Stryj rodzinny, to moja Ojczyzna.
Znany skamandryta Kazimierz Wierzyński też nie mógł zapomnieć o Stryju, chociaż przeżył w nim tylko kilka lat jako gimnazjalista. Jego wiersz „Do Leopolda Staffa” zaczyna się od słów: „W małym mieście (z którego tu wszyscy się śmieją)”. W jednej z kolejnych strof tego utworu brzmi już jednak całkiem inny ton:
A jeśli już mam wyznać pragnienie najszczersze,
Chciałbym bardzo, by nie zgasł mój głos bezpotomnie
I w miasteczku odległym ktoś myślał tak o mnie,
Jak ja o tobie, niosąc pod pachą me wiersze.
Stryjskie motywy można rozpoznać w wielu utworach tego wspaniałego poety. To niewielkie, galicyjskie miasto, w którym rozmawiano po polsku, ukraińsku, w jidysz, a często też po ormiańsku i niemiecku, wyróżniało się jakąś szczególną atmosferą, stanowiącą dobrą pożywkę dla wszelkiej artystycznej twórczości.
Ze Stryja pochodził m.in. autor powieści „Szatan z siódmej klasy” oraz innych bardzo pogodnych i popularnych utworów literackich, Kornel Makuszyński. Tamże się wychował i wykształcił w polskim gimnazjum znany pisarz Julian Stryjkowski. Szkoły średnie tego miasta reprezentowały dobry poziom. Upewniłem się w tym przekonaniu słuchając pełnych erudycji wspomnień kilku odnalezionych gdzieś w Polsce przez red. Auguścika absolwentów stryjskich szkół: Adama Wandalskiego, Mieczysława Barańskiego, Czesława Lasoty i innych. Odniosłem przy tym wrażenie, że ci ludzie są bardzo dumni z miejsca swojego urodzenia. Jak podkreślali, ze Stryjem związanych jest wiele nazwisk wybitnych przedstawicieli nauki, kultury, sztuki, polityki i wojskowości.
W okresie Wiosny Ludów stryjskim gimnazjalistą był Artur Grottger, który zasłynął później jako grafik i czołowy przedstawiciel polskiego malarstwa romantycznego. W wiejskim dworku pod Stryjem żył przez pewien czas i tworzył Kornel Ujejski, autor „Maratonu”, apoteozy walki o wolność. Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stryju ukończyli m.in.: znany śpiewak operowy Andrzej Hiolski, wybitny reżyser teatralny Wilam Horzyca oraz trzykrotny premier rządu przedwojennej Polski Kazimierz Bartel. Z tego miasta pochodził też bohater dwóch wojen światowych, legendarny dowódca 21. Dywizji Piechoty Górskiej, gen. Józef Kustroń. Do tej plejady wspaniałych nazwisk zaliczyłbym również urodzoną w Stryju, a znaną wielu mieszkańcom Szczecina, Janinę Szczerską, znakomitego pedagoga, organizatora i długoletniego dyrektora I Gimnazjum i Liceum przy al. Piastów. Po ukończeniu studiów we Lwowie pierwsze doświadczenia nauczycielskie Janina Szczerska zdobywała w jednym z gimnazjów swojego rodzinnego miasta. Później uczyła i wychowywała szczecińską młodzież. Ta otaczana wielkim szacunkiem nauczycielka zmarła w Szczecinie 10 lipca 1981 roku przeżywszy 84 lata. Od tamtej daty minęło już kilkanaście lat. Czas wciąż mija, ale najmłodsi Polacy ze Stryja jeszcze żyją. Jak sądzę, pozostaje jeszcze przy dobrym zdrowiu Kazimierz Podhajecki, stanowiąc w tym mieście żywy symbol minionej epoki.

Edwin Walter

niedziela, 25 stycznia 2015

10. Lwowskie flaki


Z różnych specjałów lwowskiej kuchni najbardziej smakował mi karp po żydowsku, przyrządzany domowym sposobem przez pewną starszą panią we Wrocławiu. Nie mam zresztą pewności, czy to, co najchętniej jadali lwowiacy i inni mieszkańcy Galicji wschodniej można nazwać kuchnią lwowską. Była to raczej kuchnia staropolska, urozmaicona przeróżnymi zapożyczeniami. Składały się na nią m.in. wystylizowane potrawy miejscowych Rusinów, a także dania kuchni wiedeńskiej. To i owo podpatrzono też na stołach zasiedziałych tam coraz liczniej Bułgarów. Osadnicy z Bułgarii zajmowali się głównie uprawą papryki, warzywa wcześniej mało u nas znanego.
Ulegając obcym wpływom kulinarnym lwowiacy nie zatracali jednak własnego wyczucia smaku i gustu i dlatego można chyba mówić o istnieniu kuchni lwowskiej. Niestety, jej znakomite walory poznałem w pełni dopiero w późniejszym wieku, bo jako dziecko karmiony byłem przeważnie mlekiem i kaszkami, których zresztą nie lubiłem. Często mnie pouczano, że jeszcze muszę zjeść dużo kaszy, żeby stać się dorosłym. Zastanawiałem się w związku z tym, dlaczego dorośli też jadali kasze, chociaż nikt ich do tego nie przymuszał. Nie gardzono gryką, kukurydzianką i jęczmienną perłówką. Z kaszy jaglanej przyrządzano słodkie potrawy, a nawet desery.
Gdy przestała mnie obowiązywać dziecięca dieta, to właśnie wybuchła wojna i nawet kasz zabrakło. W pierwszych powojennych latach w wielu domach też trudno było prowadzić kuchnie według upodobań. Z mięs jadano przeważnie dorsze, wówczas bardzo tanie. Wcale się nie dziwię, że ta smaczna ryba, zarezerwowana przed wiekami we Francji wyłącznie dla królewskiego stołu, w końcu się Polakom przejadła. Jakiś humorysta wymyślił więc niby reklamowe hasło: "Jedzcie dorsze, g... gorsze!". Inny satyryk wyznał, że z dań rybnych najbardziej lubi kotlet schabowy. Zgadzałem się z tymi prześmiewcami jak najbardziej.
Tylko niektórym ludziom wiodło się na tyle dobrze, iż mogli dogadzać swoim żołądkom na wszelkie sposoby. Na stosunkowo wysokim poziomie prowadzono na przykład kuchnię w domu moich krewnych z Wrocławia. Przy tej pochodzącej ze Lwowa rodzinie mieszkałem przez pewien czas jako student, korzystając również z przyrządzanych w jej domu posiłków. Później zapraszano mnie tam na niedzielne obiadki. Pierwsze danie stanowił dość często rosół. Był on zawsze tak smaczny, że nie wymagał dodatkowych przypraw. Tę jakość uzyskiwano dzięki wzbogacaniu mięsnego wywaru nie tylko smakiem typowej włoszczyzny, ale i grzybkiem, kilkoma fasolkami i kawałkiem kalafiora. Nie przejawiam kucharskich zapędów, ale właśnie te rosołki sprawiły, że zacząłem się co nieco interesować wszelkimi kulinariami, a lwowską kuchnią w szczególności. Na drugie dania podawano takie delikatesy, jak nerkówka cielęca z nadzieniem i nóżki cielęce, smażone w cieście. Na tym tle zupełnie prozaicznym daniem były np. zrazy zawijane z kaszą gryczaną.
Specyfikę kuchni lwowskiej najłatwiej można odróżnić od każdej innej degustując popularną w całej Polsce potrawę z flaków wołowych. Podawane w restauracjach flaki po warszawsku są szare, pełne zasmażki i wymagają wsypania do nich ostrej papryki, przez co tracą swój charakterystyczny smak. Flaki po lwowsku gotuje się w dużej ilości warzyw i to sprawia, że stają się rozkoszą dla podniebienia.
W czasie moich studiów we Wrocławiu, były to wczesne lata pięćdziesiąte, z ciekawości i łakomstwa wstępowałem na obiady do Fonsia. Ten lwowski mistrz rondla i patelni prowadził przy ulicy Szewskiej małą, dość ekskluzywną restaurację, odwiedzaną regularnie między innymi przez ceniących dobre jadło profesorów Uniwersytetu i członków palestry. Był to lokal bez szyldu, a więc jakby zakonspirowany. Mimo to z powodzeniem konkurował z dotowanymi przez państwo dużymi zakładami gastronomicznymi, takimi jak "Monopol". Do restauracji Fonsia pasowałaby z pewnością nazwa "Lwowianka", ale z wiadomych względów takie nazewnictwo było na indeksie. Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że u Fonsia jada się jak we Lwowie, a więc po prostu dobrze.
Politycznym ustępstwem ówczesnych władz było wprowadzenie do jadłospisów barów mlecznych dwóch typowo lwowskich potraw: barszczu i pierogów z ziemniaczanym farszem. Zawsze zaznaczano jednak, że to barszcz ukraiński a pierogom nadano nazwę ruskich. Stało się to przyczyną dowcipów. Podśmiewano się z przypisywanej jakiejś kuchace odzywki, że "ruskie wyszli". Nikt nie przypuszczał, że były to prorocze słowa.
Nawiasem mówiąc, podawane w barach mlecznych pierogi były najczęściej twardymi gniotami, zaprawionymi przypaloną cebulą. Naprawdę dobre pierogi z ziemniakami potrafią przyrządzić panie, znające tajniki lwowskiej kuchni. Dodam, że może to być całkiem interesujące jadło, jeśli zostanie okraszone skwarkami z grubo pokrojonego boczku i polane dobrze zakwaszoną śmietaną.
W wydanej przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne "Kuchni polskiej" znajdują się m.in. przepisy przyrządzania prawie wszystkich znanych mi potraw kuchni lwowskiej. Widać, że stanowi ona jeden ze składników naszych ogólnopolskich tradycji kulinarnych. Przepisy to jednak nie wszystko. Tak mówi Krystyna, moja żona, która urodziła się w Stryju i wie, jak się naprawdę gotuje po stryjsku czy lwowsku. To nic, że wyjechała z Galicji w wieku trzech lat i wychowała się na Śląsku. Gotowania nauczyła się od rodziców. Korzystam na tym, bo na naszym stole pojawiają się wciąż różne galicyjskie przysmaki. Przy takich okazjach zastanawiamy się czasem nad dziwnymi kolejami losu, który w naszym przypadku sprawił, że poznaliśmy się w Szczecinie, nie wiedząc początkowo o tym, że oboje pochodzimy ze Stryja.

Edwin Walter

wtorek, 6 stycznia 2015

9. Jordan



Co roku, w dniu Trzech Króli według kalendarza juliańskiego, stryjscy grekokatolicy organizowali obrzędy upamiętniające chrzest Chrystusa, dokonany rzekomo w palestyńskiej rzece Jordan. Podobne obrzędy, którym nadano nazwę Jordan, odbywały się też w wielu innych galicyjskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez Ukraińców, zwanych Rusinami. Rzecz polegała na zanurzaniu krzyża w wodach strumienia albo rzeki. W Stryju, położonym nad piękną, górską rzeką Stryj, to święto przybierało szczególnie uroczysty charakter. W czasie styczniowych mrozów skuta lodem rzeka z pewnością nie przypominała ciepłego Jordanu, ale uczestnikom obrzędu nie psuło to nastroju.
Nad brzegiem Stryja budowano ołtarz z lodu, przy którym odprawiana była msza ekumeniczna. Do tradycji należało bowiem zapraszanie na Jordan wyznawców Kościoła rzymskokatolickiego. Były to zresztą bardzo ceremonialne spotkania, zaczynające się w centrum miasta. Po zakończeniu południowej mszy grekokatolicy wychodzili przed cerkiew z chorągwiami. W tym samym czasie podobny orszak ustawiał się przed kościołem parafialnym. W pewnym momencie rzymscy katolicy podchodzili do ludzi zgromadzonych przy cerkwi, witano się symbolicznie poprzez skrzyżowanie drzewców chorągwi, aby zaraz ruszyć we wspólnej procesji w stronę rzeki.
Uczestnicy pochodu szli wśród przykrytych śniegiem łęgów po przetartej przez pług drodze. Poboczami podbiegały na czoło procesji gromady dzieci, z trudem pokonując śnieżne zaspy. Rozlegały się przy tym wesołe okrzyki i nawoływania, co psuło może powagę chwili, ale nikogo to nie zrażało, bo cały obrzęd nie był pozbawiony elementów zabawy. Przypominał raczej jakiś zimowy festyn. Oprócz krótkiej mszy zawsze głównym punktem programu była kąpiel kilku dzielnych mężczyzn w lodowatej wodzie.
W czasie kolejnych Jordanów poprzedzających wybuch wojny ten popisowy pokaz demonstrował pewien leśniczy z dwoma swoimi synami. Cała ta trójka zanurzała się w wolnym od lodu nurcie rzeki. Był to dość niebezpieczny wyczyn, bo oprócz zimna zagrażał też pływakom szybki prąd wody, ale wychodzili oni z tych opresji cało i zdrowo. Natychmiast po kąpieli podbiegali do stojących na brzegu sań i okrywali się ciepłymi futrami.
Obchody Jordanu były w Stryju popularnymi imprezami, które mieściły się w starych tradycjach zakorzenionej w tym mieście religijnej tolerancji. Było to o tyle ciekawe, że prawo magdeburskie, na którym Stryj się opierał, wykluczało inne wyznanie oprócz rzymskokatolickiego. To prawo było ściśle przestrzegane w miastach Zachodu, ale nie w Stryju. Już król Jan Kazimierz swoim dekretem z maja 1650 roku poddał pięć stryjskich cerkwi pod wyłączny zarząd działających przy nich bractw religijnych. Podobnie sprzyjał wyznawcom kościoła prawosławnego i grekokatolikom były starosta stryjski, a późniejszy król Jan III Sobieski. Uwolnił on cerkwie od podatków na zamek, uzasadniając swoją decyzję chęcią wyrażoną słowami: "by kult Boży w cerkwiach mnożył się w całym państwie".
Polityka Sobieskiego wobec ludności rusińskiej miała zresztą szerszy wymiar. Król ten udostępnił grekokatolikom możliwość obejmowania różnych urzędów i sprawowania honorowych funkcji społecznych. Antoni Prochaska w opracowanej przez siebie "Historii miasta Stryja" napisał m.in.: " Zasady równouprawnienia narodowościowego i wyznaniowego pod wpływem prawa polskiego przeniknęły wreszcie nawet i skrzepłe, nieużyte a szorstkością i brakiem miłości bliźniego nacechowane prawo niemieckie". Budowane na takich fundamentach stosunki między Polakami i Rusinami układały się całkiem dobrze, o czym świadczyły m.in. wspomniane przeze mnie wspólne obchody święta Jordan. Zdarzały się wprawdzie w pewnych okresach konflikty, wywoływane przez nacjonalistycznie usposobione elementy, ale - jak można sądzić - były to głównie efekty politycznej oraz ideologicznej ingerencji obcych państw.

Edwin Walter

poniedziałek, 22 grudnia 2014

8. Przy jednym stole

Zawsze bardzo nastrojowe święta Bożego Narodzenia na całym galicyjskim Podgórzu miały zwykle piękną, śnieżną oprawę. Był to efekt występującego tam klimatu, który charakteryzuje się dużą wilgotnością i niskimi temperaturami w okresach zimowych. Widziałem w Stryju, z jak wielkim trudem odkopywano zasypane śniegiem chodniki. W takich warunkach nikt nawet nie probował odśnieżać jezdni. Na ulicach pojawiały się więc sanie. Ciągnące je konie miały przytroczone do uprzęży dzwoneczki, których delikatne dźwięki stanowiły jakby muzyczne tło do zimowych scen.
Tak jak wszędzie, na tworzenie świątecznego nastroju składał się też widok wnoszonych do mieszkań jodełek lub świerków. Dbano o to, żeby te drzewka były szczególnie dorodne. W domu mojego dziadka bożonarodzeniowe choinki sięgały aż po wysoko sklepiony sufit. Przywożono je z karpackich lasów, z okolic Worochty, znanej zresztą miejscowości wypoczynkowej.
Pod pięknie ozdobionym drzewkiem, a raczej drzewem, układano prezenty dla wszystkich członków rodziny, składającej się z dziadka, babci oraz ich trzech synów i pięciu córek, również z zięciów i synowych, a także z najmłodszego przychówku, do którego ja należałem. Młode małżeństwa miały osobne mieszkania, ale podczas wigilijnej wieczerzy wszyscy ci ludzie spotykali się w swoim pierwszym mateczniku, zarządzanym starannie przez dbającą o utrzymanie tradycji babcię Karolinę. Zachowywano się przy tym bardzo uroczyście. Mężczyźni rozluźniali krawaty dopiero, gdy rozpoczynało się śpiewanie kolęd.
Zdążyłem przyjść na świat dość wcześnie, aby przeżyć i zapamiętać tak właśnie obchodzone święta. Straciły one wiele swojego uroku w latach sowieckiej, a potem niemieckiej okupacji, gdy ludziom zajrzała w oczy bieda. Oczywiście nigdy nie brakło nam śniegu i choinek. Dzięki szczególnym staraniom zdobywano też jakieś produkty żywnościowe na świąteczne kolacje i śniadania. Wszelkie braki nadrabiano optymizmem.
W czasie bardzo ponurej okupacji sowieckiej śpiewane przez nas kolędy przypominały jakieś mruczanda, ale gdy przyszli Niemcy, to przynajmniej w czasie Bożego Narodzenia można było pośpiewać głośno. Ci kolejni okupanci traktowali wyjątkowo pobłażliwie wieczorne, a nawet nocne wędrówki dość licznych grup kolędników. Właśnie w tym czasie nasz dobry znajomy, absolwent sławnego gimnazjum jezuickiego w Chyrowie, na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem postanowił przygotować nam jasełka na podobieństwo widowisk, jakie urządzano ongiś co roku w jego uczelni. Dość zręcznie wykonał z kartonu i drewna głowy: tura z kłapiącą szczęką, osła z długimi uszami i makietę jakiegoś innego jeszcze zwierzęcia. Do tej menażerii dodał maski: śmierci, diabła, króla Heroda i pięknie podświetlaną od środka gwiazdę. W czasie świąt ruszyliśmy z tymi rekwizytami i kolędą pod okna mieszkań naszej szeroko rozgałęzionej rodziny i zaprzyjaźnionych z nami sąsiadów. Nie muszę dodawać, że nasza artystyczna grupa wyróżniała się korzystnie wśród chodzących od domu do domu kolędników i wszędzie przyjmowana była z dużym aplauzem.
W stryjskim środowisku, składającym się m.in. z Polaków i Ukraińców, okres Bożego Narodzenia trwał praktycznie o dwa tygodnie dłużej niż w innych miastach i rejonach, zasiedlonych wyłącznie przez ludność naszej narodowości. Gdy my obchodziliśmy święto Trzech Króli, to Ukraińcy, jako wyznawcy Kościoła wschodniego, szykowali się dopiero do wieczerzy wigilijnej. Ta różnica w kalendarzach dzieliła jednak tylko pozornie te dwie grupy społeczeństwa. Często się bowiem zdarzało, iż Ukraińcy byli zapraszani na świąteczne poczęstunki do polskich domów. Później, gdy oni mieli swoje święto, to Polacy składali im rewizyty.
Przy takich okazjach przekonywano się, że świąteczne zwyczaje i tradycje ludzi tych dwóch narodowości niewiele się różnią. W jednym i drugim przypadku obowiązywał nawet taki sam jadłospis. Jak mi wiadomo, na ukraińską wieczerzę wigilijną podawano podobnie jak w polskich domach dwanaście dań, jeśli było to możliwe. W tym zestawie nie mogło zabraknąć ulubionego przez wszystkich barszczu z uszkami, smażonych karpi, pierogów z kapustą i grzybami oraz kutii, przyrządzanej z ugotowanych ziaren specjalnie oczyszczonej pszenicy, maku, miodu i różnych bakalii. W zasadzie nie wiadomo, kto od kogo przejął te kulinarno-świąteczne zwyczaje. Utrzymywany też był zwłaszcza na wsi wspólny zwyczaj podkładania pod obrusy garstek siana, rozsypywania na podłogach słomy oraz ustawiania po kątach izb snopków różnych zbóż, które miały być dobrą wróżbą na następny rok, a cała izba z rozrzuconą po niej słomą miała przypominać biesiadnikom betlejemską stajenkę.
Kalendarzowe podziały traciły na znaczeniu wobec wspólnego spoiwa, jakim okazywały się te jednakowe tradycje i zdarzające się spotkania przy świątecznych stołach. Takie kontakty były szczególnie cenne w czasach wojny, gdy sowieccy i hiterowscy najeźdźcy dążyli do skłócenia naszych dwóch, od wieków zżytych  z sobą narodów.

Edwin Walter



sobota, 13 grudnia 2014

7. Tata Graulich


Jeden z czytelników moich galicyjskich wspomnień napisał w przysłanym mi liście: "Polubiłem Stryj, bo panowała tam wesoła, lwowska atmosfera. Sprzyjało temu korzystne i szybkie połączenie kolejowe. Z Borysławia przez Stryj do Lwowa kursowała motorowa LUX-TORPEDA. Mieszkałem we Lwowie, ale bywałem często w wymienianych przez pana stryjskich kawiarniach oraz innych lokalach gastronomicznych. Jestem z rocznika 1908".
Myślę, że podobnie jak autor zacytowanego listu postępowało wiele lwowskiej złotej młodzieży, przenosząc na dancingowe parkiety stryjskich restauracji wielkomiejski szyk. Wśród bywalców tych lokali spotykano też oficerów, pełniących służbę w miejscowym garnizonie WP. Jak wiadomo, odznaczali się oni wysoką kulturą, a także wspaniałą fantazją, ożywiającą każde towarzystwo. W restauracjach z dancingami bywali oczywiście ludzie zamożni, ale inni amatorzy tańca też mieli się gdzie zabawić. Stały przed nimi otworem sale balowe "Sokoła", "Domu Niemieckiego", ukraińskiego "Narodnego Domu" oraz bardzo popularnej szkoły tańca, prowadzonej przez pewnego Żyda o nazwisku Graulich.
W odróżnieniu od narodowo zaprogramowanych domów kultury przyczyniających się przez to do dzielenia stryjskiego społeczeństwa, szkoła Graulicha stała się integrującym polską, ukraińską, żydowską i niemiecką, czy też austriacką młodzież. Było to tym bardziej widoczne, iż fokstroty, tanga i walce wszyscy z upodobaniem tańczyli bez względu na narodowość i pozycję społeczną.
Korzystając z podpowiedzi jednej z byłych mieszkanek Stryja, postaram się opisać ten dość ciekawy - moim zdaniem - przybytek kultury, mieszczący się przy ul. Słowackiego, w auli żydowskiej bursy. Była to ładna sala z ogromnym oknem od strony ulicy. Przy ustawionym w tym pomieszczeniu fortepianie zasiadała wysoka i dość tęga kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat. Była to córka Graulicha, drobnego, pełnego temperamentu nauczyciela tańca. W zależności od życzeń klientów lekcje prowadzono solo lub grupowo. Zdarzało się, że pianistka wychodziła na parkiet, aby poprowadzić w tańcu jakąś pozbawioną partnera uczennicę. Wówczas przy fortepianie siadał jej ojciec.
Oprócz tańca Graulich uczył kursantów również dobrych manier, posługując się przy tym piękną, czystą polszczyzną. Nawet z córką porozumiewał się tylko po polsku. Nie było w tym zresztą nic nadzwyczajnego, gdyż od pewnego czasu wielu Żydów przejawiało asymilacyjne tendencje. Ten fakt nabrał szczególnego wyrazu po przeprowadzeniu powszechnego spisu ludności, kiedy to Żydzi, uchodzący poprzednio za Niemców, opowiedzieli się za przynależnością do narodu polskiego. To sprawiło, że w całej Galicji liczba statystyczna Niemców spadła z 5,4 proc. w 1880 r. do 1,1 proc. w 1910 r. Do spolonizowanych Żydów należał prawdopodobnie Graulich.
Ten starszy, kulturalny pan łatwo podbijał serca odwiedzającej jego szkołę klienteli. Może dlatego za przykładem jego córki nazywano go "tatą". Lekcje prowadzone były od poniedziałku do piątku. Na zakończenie każdego, trwającego przez miesiąc kursu odbywały się zabawy przy dźwiękach sprowadzanej na takie okazje orkiestry jazzowej. Organizowano konkursy tańca. Zwycięskie pary i królową balu nagradzano miłymi i praktycznymi pamiątkami w rodzaju etui z przyborami do pielęgnacji paznokci. Były też bombonierki i kwiaty.
Bale, a raczej potańcówki, odbywały się również bez specjalnej okazji we wszystkie soboty i niedziele. Po opłaceniu niezbyt drogiego biletu wstępu można było całkiem nieźle się zabawić pod kierunkiem wodzireja Graulicha, który - jak z tego wynikało - nie święcił szabasów. Rzadko spotykaną specyfiką tych zabaw był brak bufetu, ale może dzięki temu nigdy nie doszło do choćby najmniejszej kłótni wśród gości.
Można powiedzieć, że prowadząc taką działalność Graulich wpływał wychowawczo na dość szeroki krąg swojej stałej klienteli, składającej się przeważnie z pragnącej się tanio zabawić młodzieży. Blasku potańcówkom dodawali ładnie umundurowani podoficerowie, którzy mawiali dla żartu, że chodzą do taty Graulicha na razówki, ale te żarty kończyły się często dla kawalerów zakochaniem i zawarciem małżeństwa z wybranymi przez nich wychowankami szkoły tańca, bez względu na to, czy były to Polki czy Ukrainki. Do wybuchu wojny nikogo zresztą nie raziły mieszane małżeństwa.

Edwin Walter




piątek, 5 grudnia 2014

6. Faworyci królowej Marysieńki

Pierwszym poznanym przeze mnie Żydem był odwiedzający moją rodzinę lekarz domowy. Niestety, nie pamiętam jego nazwiska. Myślę, że trafił się nam medyk z powołania, bo zachowując zawodowy autorytet, zdobywał sobie swoim ujmującym sposobem bycia naszą sympatię i zaufanie.
Żydem był też właściciel sklepiku spożywczego, w którym moja matka czyniła regularne zakupy. Ja też zaglądałem do tego "sezamu", gdzie na skraju lady stały słoje z kolorowymi cukierkami i blachy z lukrowanymi ciastkami. Aby poskromić moją chęć do składania tam zbyt częstych wizyt opowiedziano mi anegdotkę o pewnej najbogatszej w mieście Żydówce, która przechodząc ze swoją małą wnuczką koło cukierni odmówiła dziecku kupienia ciastka.
- Widzisz tę kamienicę? - zapytała. - Ona jest jak ciastko, ale zrozum, że nawet tak duże ciastko mogłyby zjeść twoje małe usteczka, gdybyś była zbyt łakoma.
W ten sposób otrzymałem pierwszą w moim życiu lekcję ekonomii. Była ona o tyle przekonująca, że wiele kamienic w moim rodzinnym mieście stanowiło własność Żydów, czym się zresztą szczycili i w utarczkach z antysemitami mawiali: "Wasze ulice, nasze kamienice".
Do wyjątków pod tym względem należała wybudowana przez mojego dziadka kamienica, ale nawet ta inwestycja nie była wyłącznie polskim osiągnięciem. Jak mi wiadomo, do jej zrealizowania przyczyniła się pożyczka, udzielona dziadkowi na dobrych warunkach przez pewnego finansistę wyznania Mojżeszowego. Mój dziadek nigdy zresztą nie mówił źle o Żydach i chętnie wchodził z nimi w różne układy. Nie zerwał nawet kontraktu z pokojowym malarzem, niejakim Lilientalem, któremu podczas renowacji mieszkań wciąż "myliły się" kolory.
Mój antenat, występujący w roli kamienicznika, bardzo dobrze traktował też innego Żyda, wynajmującego najskromniejsze mieszkanie na poddaszu. Ten biedak, obarczony chorowitą żoną i trójką dzieci, rzadko był widywany przez sąsiadów, bo do pracy wychodził o świcie i wracał do domu późno. Zdarzało się też, że znikał na kilka dni. Podobno zatrudniano go gdzieś jako wozaka. Każdą sobotę spędzał jednak w kręgu rodzinnym. Na oknach jego mieszkania pojawiały się w takim dniu szczelne zasłony. Ktoś mi wyjaśnił, że miało to związek z obchodzonymi przez Żydów świętami szabasowymi. Odniosłem wrażenie, że wszystkich lokatorów to święto jakoś dotyczyło, bo starali się zachowywać w soboty ciszej niż zwykle. Zgodnie z przyjętym zwyczajem nie trzepano w tym dniu chodników i dywanów.
Gdy moi rodzice zdecydowali się na zamieszkanie w tym domu, poznałem bliżej lokatorów z poddasza, a zwłaszcza najmłodszych członków tej rodziny: Jośka i Elka. Ci chłopcy trzymali się zawsze razem, nie biorąc udziału w zabawach dzieciarni z podwórka, ale czasem udało mi się nakłonić do wymiany kilku słów młodszego z nich Elka. Pewnego razu powiedział on z dumą, że jego brat czyta już księgi. Dziś wiem, że najstarszych synów w żydowskich rodzinach obdarza się podczas szabasów zaszczytem odczytywania wybranych wersetów świętych ksiąg. Nie dziwię się, że dziesięcioletni Jośku spoglądał na bawiących się na podwórzu chłopaków z poczuciem pewnej wyższości.
Jeśli dziś posądza się Polaków o wrodzony antysemityzm, to jest w tym chyba wiele podyktowanej nie wiadomo czym przesady. W historii obu naszych narodów nie brakowało wprawdzie wzajemnych tarć, ale były to zwykłe konflikty albo tylko animozje rodzące się na tle ekonomicznym. Do takiego wniosku skłania mnie lektura wydanej w 1926 roku "Historii miasta Stryja" Antoniego Prochaski.
Obecność Żydów w tym mieście została odnotowana w różnych dokumentach już w czasach jagiellońskich. Później korzystali oni z licznych przywilejów, nadanych im m.in. przez krolów: Stefana Batorego, Władysława IV, Zygmunta III, Jana II Kazimierza oraz Jana III Sobieskiego np. od Władysława IV stryjscy Żydzi uzyskali prawo zakupywania parcel i domów. Najbardziej sprzyjał Żydom Jan III Sobieski, który już jako chorąży koronny i starosta stryjski dopuścił ich przedstawicieli do udziału w obradach miejskich, a jako król zarządził, żeby targi w Stryju odbywały się nie tylko w soboty, w którym to dniu Żydzi spędzali czas na modłach i kultywowaniu obrzędów szabasowych, ale i we wtorki. Nie zadowoliło to jednak Izraelitów. Ci sprytni ludzie, używając zabiegów dyplomatycznych, uzyskali po dwóch latach zgodę króla na dodatkowy dzień targowy. Ponieważ mieszczanie polscy nie zgadzali się na przesunięcie targów z soboty na piątek, to przesunięto je na i tak już targowy wtorek, a te z wtorku zostały zastąpione piątkowymi i w ten pokrętny sposób Żydzi wyszli na swoje. Szczególnie sprzyjała Żydom królowa Marysieńka, pomagając im w uzyskaniu prawa warzenia miodu i piwa oraz wytwarzania likworów wraz z możliwością wyszynku.
Korzystne warunki prawne oraz położenie Stryja na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych uczyniły z tego miasta silny magnes dla Żydów, ściągających tam z różnych stron. Ta migracja trwała do czasów najnowszych. Jak podaje dr Witold Lewicki w swojej książce pt. "Zagadnienie gospodarcze Galicji" (Lwów, 1914), ludność żydowska w Stryju wzrosła w latach od 1880 do 1910 o przeszło 5470 osób. Oznacza to, że jej stan wyniósł ponad 11 tys. osób i przekroczył jedną trzecią ogólnej liczby mieszkańców. Przyjmuje się, że takie proporcje ludnościowe występowały w Stryju do wojny 1939 roku.
Wielu Żydów można było spotkać w każdy wtorek i piątek na targowicy. Jedni z nich kupowali przywożone przez chłopów towary, inni zaś sprzedawali różne rzeczy na straganach i w sklepach znajdujących się na obrzeżach tego wielkiego placu. Lubiłem chodzić tam z matką na zakupy. Z zaciekawieniem przyglądałem się kupcom poubieranym w czarne chałaty. Zawierając najdrobniejsze nawet transakcje dawali oni wyraz swojemu wielkiemu podnieceniu. Chyba nikt nie potrafi handlować z takim przejęciem jak Żydzi.
W inne dni tygodnia na targowicy nie było żadnego ruchu. Tylko w okresach letnich, podczas upałów, przechodziły przez to pokryte ziemnym pyłem i woniejące końskim moczem miejsce gromadki plażowo ubranych mieszkańców, kierujących się w stronę pobliskiej rzeki. Żegnały ich smutne spojrzenia żydowskich kupców, którzy wystawali na progach swoich sklepików.

Edwin Walter