niedziela, 24 maja 2015

17. Austriacy

Lekceważące powiedzonko o „austriackim gadaniu“ było jednym z przejawów przeciwstawiania się Polaków germanizacyjnym zapędom zaborców w utworzonym przez nich na terenach południowo-wschodniej Polski Królestwie Galicji i Lodomerii. Krnąbrni kresowiacy nie ulegali obcym wpływom, a co ciekawsze, powołani do realizacji ustalonej w Wiedniu polityki austriaccy i czescy urzędnicy w zetknięciu z polskim żywiołem często sami ulegali spolszczeniu. Jeszcze bardziej podatni na polskie wpływy byli zwykli przybysze z obszarów Austro-Węgier, którzy w Galicji zakładali gospodarstwa rolne i warsztaty rzemieślnicze. Tym należy tłumaczyć, że wśród ludności zamieszkującej ten rejon Polski, zwany do dziś zwyczajowo Galicją, można było spotkać wielu Polaków noszących nazwiska oraz imiona niemieckie. Niektórzy z tych ludzi nie zdawali sobie sprawy ze swojej proweniencji. Nawet ci, którzy coś wiedzieli o swoich austriackich przodkach dzięki temu, że urodzili się jeszcze za życia dziadków albo pradziadków, bez większych oporów odcinali się od pozbawionych znaczenia rodzinnych tradycji i stawali się po prostu Polakami.
Do takich osób zaliczyłbym na przykład dobrze mi znanego w swoim czasie Feliksa Majera, który jako młody człowiek pobierał nauki w budapeszteńskiej szkole rzemiosł artystycznych, a w wieku dojrzałym poświęcał się z wielkim zamiłowaniem kopiowaniu urzekających go dzieł polskiego malarstwa.
Austriaczką z pochodzenia była matka mojej matki, Karolina z domu Marks. Nie sądzę, żeby łączyło ją jakieś pokrewieństwo ze znanym filozofem, chociaż jej imię i nazwisko mogłoby to sugerować. Specjalnością tej kobiety było wypiekanie serników i szarlotek. Swoje cukiernicze wyroby podawała do kawy z ziaren palonych w specjalnym naczyniu, ustawianym na kuchennym blacie. Zapach i smak tego napoju bardzo przypadł mi do gustu już we wczesnym dzieciństwie.
Siostra babci, Maria, była właścicielką niewielkiego gospodarstwa rolnego, położonego w pobliżu Stryja we wsi Grabowiec. Lubiłem odwiedzać jej schludny dom z oszkloną kolorowymi szybkami werandą. Po drugiej stronie miasta, w Uhersku, miał swoją siedzibę brat babci, którego imienia niestety nie zapamiętałem. Pełnił on funkcję dróżnika kolejowego, co w czasach austriackiego zaboru i w okresie międzywojennym było dobrze płatnym zajęciem. Otrzymywaną pensję uzupełniał on dochodami z prowadzonej przez siebie pasieki. Widywałem go, gdy przyjeżdżał na zakupy do Stryja. Nosił czarne garnitury a w okresach zimowych jego wierzchnim ubiorem była dobrze uszyta, podbita jakimś ciepłym futrem pelisa. Wyglądał zawsze bogato i uroczyście. Jego twarz zdobił sumiasty wąs z bokobrodami, utrzymanymi w stylu cesarza Franciszka Józefa I. Częstował mnie owiniętymi w papierki cukierkami, które sam chyba też lubił, bo zwykle miał ich zapas w kieszeniach.
Całe to rodzeństwo posługiwało się dobrze wyszlifowanym językiem polskim. O austriackich sentymentach babci świadczyły już tylko śpiewane przez nią piosenki. W jej wykonaniu poznałem ładnie brzmiącą melodię hymnu ze słowami: „Cesarzowa mile włada ...“. Był to tekst przełożony na język polski. Babcia śpiewała też często rycerską balladę o Edwinie i Wandzie, co wyjaśnia skąd wziął się pomysł nadania mi dość niezwykłego imienia.
Wielu Austriaków pojawiło się w moim rodzinnym mieście w czasie niemieckiej okupacji. Byli to wojskowi i urzędnicy, odróżniający się od „prawdziwych Niemców“ dość ludzkim podejściem do miejscowej ludności. Jedno z kierowniczych stanowisk na stacji kolejowej zajmował sympatyczny wiedeńczyk o nazwisku Kieseweter, który wbrew obowiązującym konwencjom wdał się w romans z pewną Polką. Wywołana tym afera skończyła się happy endem, bo kochliwy Austriak wywiózł wybrankę swego serca do Wiednia i tam zawarł z nią związek małżeński.
Jeszcze bardziej zasłynął w Stryju dowódca posterunku Bahnschutzu, Karol Bosser, też wiedeńczyk. Prowadził on cichą wojnę z żandarmerią. Jej ekipy urządzały częste obławy na ludzi przewożących pociągami żywność, kupowaną między innymi w rejonach Przemyśla i Dębicy. Gdy na stacji zjawiali się żandarmi z psami, to Bosser jechał na najbliższy przystanek kolejowy i tam przeganiał z przemyskiego pociągu pasażerów z plecakami i torbami, w których według jego mniemania mogła znajdować się żywność. Ci ludzie dojeżdżali do Stryja, następnym pociągiem, gdy na stacji nie groziły im już rewizje i konfiskaty bagażu. Wykrzykiwany przez niego w wagonach kolejowych rozkaz „Raus!“ nikogo nie obrażał, gdyż przyjmowany był przez doświadczonych podróżników jako przyjacielska rada. Ten Austriak dobrze więc zapisał się w pamięci wielu mieszkańców Stryja. 

Edwin Walter



sobota, 16 maja 2015

16. Feniks z popiołów

W czasie Świąt Wielkanocnych w 1886 roku Stryj przemienił się w ogromne pogorzelisko. Ten największy w dziejach miasta pożar wybuchł w sobotę 17 kwietnia o godzinie drugiej w nocy od przypadkowo zaprószonego ognia. W ciągu pół godziny zapaliły się zabudowania rynku z wielkimi składami towarów. Wkrótce podsycana silnym wiatrem pożoga ogarnęła również inne rejony. Spłonęło ogółem 970 domów. Ocalały tylko budynki poczty, koszar oraz cerkiew i zbór ewangelicki. W „Historii miasta Stryja“ Antoniego Prochaski znajduję opis tego tragicznego wydarzenia, oparty na ówczesnej relacji prasowej. Czytam m.in.: „Żywiołowy ogień szalał tak szybko, że ludzie uciekali ledwo w tym, co na sobie mieli ... Z niebezpieczeństwem życia uratował ksiądz Rumiński, poroch, metrykalne księgi. Były rozrzewniające sceny poświęcenia. Chorą żonę dyrektora gimnazjum, Misińskiego, uratowali studenci, wynosząc ją w łóżku z płonącego domu. Poparzyło się wielu, jak m.in. dyrektor szkoły ludowej Hołubowicz ... Gaszący zgliszcza pionierzy snuli się jak grabarze. Cesarz wysłał 10.000 zł dla ratunku, minister wojny przysłał kilkadziesiąt namiotów, które rozbito na rynku. W całym kraju zarządzono składki“.
Klęski pożarów często nawiedzały Stryj od najdawniejszych lat. W okresie Rzeczypospolitej naliczono ich 18. Według zachowanych zapisów już na przełomie lat 1517-1518 zdarzył się groźny w skutkach pożar, a następne takie nieszczęście przyszło w 1592 roku. W wiekach XVII i XVIII odnotowano po osiem wielkich pożarów, co mogłoby wskazywać na pewną regularność w ich występowaniu. Składały się na to różne przyczyny, ale z pewnością najważniejszą z nich było to, że przy każdej odbudowie miasta stawiano domy z drewna. Dopiero w XIX wieku wybudowano w Stryju wiele domów z cegły, ale i to nie przeszkodziło w powstawaniu i łatwemu rozprzestrzenianiu się pożarów, gdyż to miasto wciąż narażone jest na podmuchy silnych, podgórskich wiatrów, które podsycają każde zarzewie ognia.
Pożary wybuchały w miejscowych gorzelniach, tartakach i magazynach, co należy złożyć na karb nieostrożności pracowników tych zakładów, ale były też często celowo wzniecane przez różnych najeźdźców, a zwłaszcza przez Tatarów. W latach 1523 i 1524 spalili oni Stryj dwukrotnie. Również po późniejszych najazdach kozacko-tatarskich pozostawały na jego przedmieściach zgliszcza. W czasach saskich w jednym tylko 1726 roku wybuchły dwa pożary. W 1772 roku, pierwszym roku rozbiorów, ogień strawił prawie całe miasto. Spłonął nawet murowany kościół.
To palone i odbudowywane na nowo miasto utraciło niemal wszystkie zabytki. Klęski pożarów pojawiły się w Stryju również w latach 1917 i 1918, ale jego mieszkańcy nigdy nie poddali się uczuciom rezygnacji. Jak czytam w „Historii Stryja“ sekretarz magistratu Wilhelm Somerfeld w napisanym przez siebie referacie pt. „Rozwój miasta Stryja w czasie od 1874 do 1924 roku“ stwierdził m.in.: „Po wielkim pożarze w 1886 roku miasto się odbudowało. W miejsce niskich, zapadłych domków powstały piękne, murowane domy piętrowe oraz wspaniałe wille“. Skrupulatny sekretarz wymienił różne inwestycje o znaczeniu społecznym, gospodarczym i kulturalnym, które zrealizowano do czasów mu najbliższych. Już w latach 1906 i 1907 pojawiło się na ulicach Stryja w sumie 410 lamp gazowych, którymi zastąpiono stare oświetlenie naftowe. W 1910 roku przystąpiono do wiercenia studni i zakładania miejskich wodociągów. W czasie trzydziestu lat wszystkie pobocza ulic wyłożono kamiennymi chodnikami, które jak pisze W. Somerfeld: „swoim wyglądem dają obraz miasta europejskiego, postępu i cywilizacji“.
Z tą cywilizacją nie było jeszcze tak dobrze, jak na nasze współczesne wyobrażenia. Jezdnie były pokryte kamiennym tłuczniem, pracowicie ubijanym przez jedyny w mieście walec drogowy, ale przynajmniej nie jeździło się tam po błocie. W swojej książce Antoni Prochaska trafnie zauważył: „Odrodzenie swe, postać świeżą, nowe oblicze zawdzięcza Stryj niestety klęsce pożaru, który 17 kwietnia 1886 roku w perzynę obrócił duże i ludne miasto, ale jak cudowny ptak Feniks, na krótko tylko zagrzebał się w popiołach, by niebawem już powstać z nich odrodzonym, tak i gród kresowy wnet dźwiga się z ruiny nową przybierając postać“.

Edwin Walter

niedziela, 10 maja 2015

15. Najstarsze dzieje


Trudno jest określić wiek miasta, które wzięło swoją nazwę od rzeki Stryj. Wykonana w 1541 roku pieczęć ławnicza z herbem wyobrażającym jakąś postać świadczy prawdopodobnie o nawiązaniu w ten sposób do starej legendy, która mówi, iż nad tą rzeką istniała w zamierzchłych czasach pustelnia świątobliwego eremity, odwiedzana przez okoliczny lud, i że te zgromadzenia dały początek powstaniu tam osady z kościółkiem.
Niektórzy historycy twierdzą jednak, że ta herbowa postać w kapeluszu, okryta obszerną szatą i dzierżąca ozdobną laskę, wcale nie jest pustelnikiem lecz wędrownym kupcem. Do takiego wniosku skłoniła ich magistracka pieczęć z 1574 roku z wizerunkiem idącego człowieka. Możliwe, że na ten temat dyskutowano już w XVI wieku, gdyż nie było chyba obojętne, czy miastu dał początek rusiński eremita czy powstało ono dzięki wędrownym kupcom przybywającym tam z sąsiednich krajów, a więc i z Polski. W każdym razie późniejsza pieczęć wykonana w XVII wieku nie pozostawia wątpliwości, że zdecydowano się na umieszczenie na niej wyraźnej podobizny kupca. Ma on na sobie modny w owym czasie strój, stoi przed bramą miasta, obok której umieszczono symboliczne drzewo i kotwicę. Było to uzasadnione, bo spławiane rzeką produkty leśne stanowiły kiedyś podstawę miejscowej gospodarki. Ta wersja stryjskiego herbu nie została zaakceptowana przez austriackiego zaborcę. W 1794 roku cesarz Franciszek II nadał miastu herb przedstawiający rzekę z dwoma austriackimi orłami po obu jej brzegach, ale ten jego akt spotkał się prawdopodobnie z bojkotem miejscowej ludności. Może dlatego właśnie w 1844 roku cesarz Ferdynand I poszedł na ustępstwo i ustanowił herb Stryja przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Miał to być rzekomo święty Leonard, patron kupiectwa. W ten sposób nawiązano jakby do legendy o eremicie i równocześnie do tradycyjnego herbu, przedstawiającego kupca. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że Stryj bardzo wcześnie stał się bardzo poważnym ośrodkiem handlowym dzięki swojemu położeniu na skrzyżowaniu dróg wiodących z północy przez Karpaty na Węgry i ze Śląska na wschód, min. do Carogrodu. Kompromisowa wersja herbu jakoś się przyjęła i o ile dobrze pamiętam, żeliwne słupy gazowych latarni w Stryju były oznaczone emblematami z wizerunkiem świętego Leonarda. Herby Stryja mogły sugerować, że jego mieszkańcy zajmowali się tylko modlitwą i handlem, ale wiadomo, że już w początkach XV wieku było to miasto stanowiące ośrodek administracyjny na dużych obszarach ziem królewskich. Szybkiemu rozwojowi Stryja sprzyjało osadzenie tego grodu przez Władysława Jagiełłę na prawie magdeburskim w 1431 roku. W ostatnich latach XV wieku i w pierwszych dziesięcioleciach wieku następnego województwo ruskie było wyniszczane przez powtarzające się ciągłe najazdy Tatarów, Turków i Mołdawian. W tym czasie Stryj był kilkakrotnie palony. Aby umożliwić jego odbudowę król Zygmunt I uwolnił miasto na osiem lat od wszelkich podatków oprócz cła. Nękani przez najeźdźców mieszkańcy korzystali ze zwolnień podatkowych również w późniejszych czasach. Dobrodziejami Stryja byli m.in. miejscowy starosta Jan Tarnowski oraz królowie Zygmunt August, Stefan Batory, Zygmunt III, Jan Kazimierz, a zwłaszcza Jan III Sobieski, który zanim został królem, był stryjskim starostą. W młodości ten późniejszy pogromca oblegających Wiedeń wojsk tureckich wziął udział w tłumieniu buntu Kozaków, wspomaganych przez hordy Tatarów. Był to rok 1648 nazwany krwawym rokiem na Czerwonej Rusi, a także "czasem ruiny". W tym okresie mieszkańcy dobrze ufortyfikowanego Stryja dzielnie odpierali ataki zwolenników Chmielnickiego i Tuhaj-beja, zyskując swojej reducie miano "Urbs fidelis" - miasta wiernego Rzeczpospolitej.
Edwin Walter

piątek, 24 kwietnia 2015

14. Niepokonani


Austriackim zaborcom dość długo udawało się pozbawiać polską młodzież normalnego dostępu do nauki szkolnej. Tak było między innymi w Stryju. W jednym z tomów "Słownika Geograficznego" Chlebowskiego zawarta jest informacja, że w 1889 r. ten liczący wówczas 16 tys. mieszkańców gród miał tylko dwie szkoły czteroklasowe, z których jedna była męska a druga żeńska. Istniała też tzw. "etatowa" szkoła jednoklasowa na przedmieściu Łany.
To zacofanie oświatowe jeszcze bardziej się uwydatni, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż według przyjętych w CK Austrii norm na 16 tys. mieszkańców powinno było przypadać 14 szkół powszechnych. Nie wątpię, że kogo było na to stać, ten zapewniał swoim dzieciom możliwość zdobycia wykształcenia w domu, ale ze społecznego punktu widzenia nie było to żadne rozwiązanie. Problem zaniedbanej przez zaborców oświaty gmina rozwiązała z czasem samodzielnie, nie żałując na ten cel pieniędzy. Dzięki temu, jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, stryjska młodzież mogła się uczyć w dość dobrych warunkach.
Według danych z 1924 r. w Stryju było już 8 szkół powszechnych, w tym 6 dużych szkół siedmioklasowych, liczących po 300-600 uczniów. Powstały też 3 gimnazja i 2 prywatne seminaria żeńskie. Poza tym siostry nazaretanki prowadziły dwa zakłady wychowawcze (wyższy i niższy). Do tego zestawienia należy jeszcze dodać państwowe gimnazjum dla ludności ukraińskiej, publiczną szkołę przemysłową, utrzymywaną z funduszów miejskich i państwowych oraz dwie bardzo popularne prywatne szkoły handlowe.
W planach miasta było jeszcze wybudowanie trzech szkół powszechnych "wedle najnowszych wymogów techniki", ale i bez nich sieć szkół była na tyle dobrze rozwinięta, że Stryj stał się miastem ludzi wykształconych. Bliskość Lwowa z jego znakomitym uniwersytetem i sławną politechniką sprawiła, że wielu stryjskich maturzystów decydowało się na podejmowanie nauki na tych uczelniach i zdobywanie w ten sposób wyższego wykształcenia. To wszystko miało ogromne znaczenie w późniejszych, mrocznych czasach, które nadeszły wraz z wybuchem II wojny światowej.
Po walkach wrześniowych 1939 roku, które zakończyły się dla Polski klęską militarną sowieccy a później również hitlerowscy okupanci terenów wschodnich pragnęli zgnębić mieszkańców duchowo swoimi atakami na szkoły. Sowieci zajęli się rusyfikacją oraz ideologiczną indoktrynacją dzieci, których nie zdołali wywieźć na Sybir, a hitlerowcy doszli do wniosku, że polską młodzież, jako przyszłą siłę roboczą, wystarczy nauczyć czytać, pisać i liczyć do stu.
Ukraińcy byli lepiej traktowani przez obu okupantów niż Polacy, ale Niemcy nie dali tym swoim sojusznikom zbytnio podnieść głów. O zamierzeniach "oświatowych" hitlerowców w stosunku do Ukraińców przypomniała jedna z gazet, drukując na swoich łamach fragment nieopublikowanej jeszcze w Polsce książki Jochema von Langa: "Martin Borman. Człowiek, który zawładnął Hitlerem". W tekście tym przeczytałem, m.in.: "Zamiast cyrylicy Ukraińcy powinni się nauczyć pisma łacińskiego i poznać niemiecki na tyle, żeby zrozumieć rozkazy. Kto chciałby uczęszczać do szkoły, powinien płacić, ale nie wolno dopuścić do tego, żeby nauczył się więcej niż znaczenia znaków drogowych".
Jako siedmiolatek, rozpoczynający naukę szkolną w jesieni 1939 roku, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem obiektem szczególnego zainteresowania tak możnych ludzi, jakimi byli Stalin i Hitler.
Zostałem przyjęty do szkoły podstawowej przy ulicy Jana Kochanowskiego. Był już listopad. W izbie lekcyjnej panował dość przykry chłód, ale nie pozbawiło mnie to radości z wejścia w nowy etap życia. Z miejsca stałem się wielbicielem naszej pięknej i sympatycznej nauczycielki. Niezwykłych doznań dostarczyła mi też moja szkolna wyprawka, składająca się z rzeczy kupionych jeszcze przed wybuchem wojny. Był to błyszczący lakierem tornister, w którym nosiłem, m.in. podręcznik Falskiego oraz wykonane z dobrego papieru zeszyty, ładny piórnik i cudownie pachnące kredki. Idylla nie trwała jednak długo. W czasie jednej z lekcji dyrektorka szkoły, wysoka Ukrainka z czołem naznaczonym ciemnymi zrośniętymi brwiami, wprowadziła do klasy przybyłego ze Lwowa inspektora, który podobnie jak ona wyglądał na swój sposób dość groźnie. Przerażona tą nagłą wizytą nauczycielka usunęła się do kąta sali, a pan inspektor wygłosił pogadankę o szkodliwości palenia papierosów. To jego wystąpienie bardzo zdziwiło mnie i pozostałych małych słuchaczy, bo nikt z nas nie miał jeszcze ochoty do korzystania z takich używek.
Po wizycie inspektora wiele się zmieniło w naszej klasie. Ulubiona przeze mnie nauczycielka już się więcej nie pokazała. Zastąpił ją ktoś inny. Od tego momentu moje postępy w nauce pisania i czytania zostały nagle wyhamowane. Powstałe zaległości nadrobiłem jednak dość szybko dzięki lekcjom udzielanym mi w domu.
W drugiej klasie wbijano mi do głowy bukwy cyrylicy. Doszło do tego, że lepiej pisałem po ukraińsku niż po polsku. Pogubiłem się całkowicie, gdy wprowadzono rosyjski jako język wykładowy, który z trudem odróżniałem od ukraińskiego. Sam zrozumiałem więc, że należało się jakoś uodpornić na to ogłupiające oddziaływanie szkoły. Ponieważ w domu nie brakowało polskich książek, zacząłem czytać Mickiewicza i Sienkiewicza. Czyniłem to bez przymusu, z dużą przyjemnością, a może nawet trochę z przekory wobec nachalnych rusyfikatorów.
W czasie okupacji hitlerowskiej były dla mnie stresujące ciągłe zmiany budynków szkolnych, ale dzięki temu poznałem prawie całą sieć stryjskich placówek oświatowych. Ze znajdującej się w centrum miasta szkoły im. Mickiewicza zostałem przeniesiony do dość podłej "budy" na przedmieściu Łany. Ponieważ jej pomieszczenia były często przeznaczane na kwatery wojsk kierowanych na front wschodni, to dużo czasu spędzałem na przymusowych wagarach. Pod koniec panowania hitlerowców w Stryju chodziłem do dość ładnej szkoły przy ul. Batorego.
Jedyną dozwoloną przez Niemców pomocą naukową był wydawany przez nich periodyk "Ster" z jakimiś bardzo prostymi czytankami. Mieliśmy też ciągle do czynienia z tabliczką mnożenia. Jeśli któryś z uczniów podał błędny wynik to dostawał bambusem po łapie. Wszyscy nauczyciele byli wyposażeni jakby etatowo w te narzędzia tortur i niektórzy nawet dość często robili z nich użytek przy byle okazji.
Myślę, że sowieccy i hitlerowscy okupanci tą swoją "oświatą" osiągnęli odwrotny skutek od zamierzonego, gdyż mimo woli ćwiczyli naszą młodzież w krytycznym myśleniu i zmuszali ją do poszukiwania lepszych źródeł wiedzy.

Edwin Walter

sobota, 4 kwietnia 2015

13. Traktat o przyrządzaniu szynek.


W Stryju pierwszy wielkanocny posiłek spożywa się już w Wielką Sobotę wieczorem, po odprawionej w kościele parafialnym rezureksji. Jak pamiętam, te uroczyste msze odbywały się przy dźwiękach wszystkich dzwonów, zawieszonych na wieży XVI-wiecznej świątyni. Najbardziej donośnie brzmiał największy, o imieniu Jan, nadanym mu na cześć Jana III Sobieskiego, który przez pewien czas rezydował wraz z Marysieńką na stryjskim zamku. Po rezurekcji można już było smakować nieostygłą jeszcze po ugotowaniu, cudownie pachnącą i kruchą szynkę. 
Zastanawiam się, dlaczego ta ceniona w naszym kraju wędlina jest przez współczesnych masarzy niemal zupełnie pozbawiona smaku i zapachu. Gdy miałem sześć czy siedem lat, to po raz pierwszy uległem czarowi cudownych aromatów, wydobywających się przez otwarte drzwi mięsnego sklepu. Zmierzający do szkół uczniowie zaopatrywali się tam w specjalnie dla nich przygotowane śniadania. Były to zawijane w pergamin chrupiące bułeczki z plastrami szynki. Ja już nie skorzystałem z tego udogodnienia, bo szkolną naukę rozpocząłem w jesieni 1939 roku, gdy w mieście panowali sowieccy okupanci, a sklep masarski był na głucho zamknięty. Przechodząc codziennie obok jego zasłoniętej witryny, mogłem sobie tylko powspominać lepsze czasy.
Przed wojną rywalizowało ze sobą w Stryju kilku znakomitych producentów wędlin. Wśród nich największą sławą cieszył się wyszkolony w Wiedniu mistrz Władysław Jackiewicz. Pisząc o nim opieram się na opinii pani Olgi Hładycz, która w młodości pracowała jako kasjerka w jednym z jego sklepów. Warsztat mistrza Jackiewicza wyróżniał się m.in. przyrządzaniem świątecznych, czterokilogramowych szynek w kształcie serc. Ten niezwykły efekt osiągano dzięki zastosowaniu przywiezionych z Austrii metalowych form. Ja nie miałbym aż takich wymagań co do kształtu tych wyrobów. Pełne zadowolenie zapewniłyby mi ich walory smakowe.
Na peklowaniu i wędzeniu szynek znali się zresztą nie tylko stryjscy specjaliści z branży wędliniarskiej, lecz także rolnicy z przedmieść i okolicznych wsi. Ukraińscy chłopi piekli też szynki w chlebowych piecach. Mięso oblepiano ciastem, które po upieczeniu traktowane było jak odpad, bardzo chętnie zjadany przez dzieci.
Mnie najlepiej smakowały szynki, gdy byłem dokładnie wyposzczony. Takie idealne stany osiągałem w latach wojny. Wielkanoc była wtedy dla mnie nie tylko religijnym świętem, ale też okresem sytości, bo moja nieżyjąca już matka zawsze starała się zdobyć na takie okazje przynajmniej niewielkie szynki. W tym celu pozbywała się najcenniejszych z posiadanych w domu rzeczy. W końcu wymieniła z jakimś ukraińskim chłopem szafę na kawałek mięsa. Dobrze pamiętam, jak zadowolony z dokonanej transakcji wieśniak wkładał nasz prawie przedostatni mebel (zostały nam już tylko łóżka) na swoją furmankę. Mieliśmy za to prawdziwe święta.
W dni targowe całe karawany furmanek załadowanych miejskimi meblami ciągnęły koło naszego domu w stronę Dobrowlan i innych wsi. Najbardziej rzucały się w oczy przewożone szafy z lustrami. Mieszkańcy wygłodzonego miasta mogli dzięki handlowi wymiennemu jakoś przeżyć. Ciekawostką jest to, że w okresie hitlerowskiej okupacji cały ten ruch odbywał się jawnie, chociaż domowy ubój trzody chlewnej był zakazany. Nie wiem, co by się stało, gdyby Niemcy wpadli na pomysł, aby wysłać swoje patrole do mieszkań Polaków w czasie świąt wielkanocnych. Zagadkę można wyjaśnić chyba tylko tym, że w czasie świąt nasi okupanci też byli zajęci pałaszowaniem wędlin i nie mieli czasu na zajmowanie się kontrolami.

Edwin Walter

sobota, 28 lutego 2015

12. Noc oprawców


W cieniu katyńskiej zbrodni pozostają liczne masakry cywilnej ludności, dokonane przez NKWD w 1941 roku na terenach południowo-wschodniej Polski. Były to akty ludobójstwa, dokonane w pośpiechu, na rozkaz z Moskwy, w przepełnionych więzieniach Lwowa, Stanisławowa i wielu innych miast. W Stryju mieszkańcy kamienic zlokalizowanych przy ulicy Trybunalskiej opowiadali, że w nocy poprzedzającej wycofanie się Sowietów z miasta usłyszeli dochodzące z pobliskiego więzienia odgłosy masowej egzekucji. Trwającemu przez wiele godzin hukowi wystrzałów wtórowały krzyki i jęki mordowanych. Dopiero o świcie nastała tam cisza, świadcząca o ucieczce oprawców.
Kilku śmiałków sforsowało wówczas mur otaczający dziedziniec więzienia i otworzyło jego stalową bramę, przed którą zaczął się już gromadzić tłum zaniepokojonych ludzi.
- Wieść o odkryciu licznych zwłok szybko obiegła całe miasto - mówi jedna z czytelniczek mojego "brulionu", starsza już pani, pragnąca ocalić od zapomnienia fakt dokonanej tam zbrodni. - Mieszkałam przy ulicy Jagiellońskiej. Około godziny jedenastej usłyszałam przez otwarte okno zbiorowe krzyki wielu osób, idących od strony więzienia. Niektórzy płakali. Zrozumiałam, że stało się coś strasznego. Przywołałam zaprzyjaźnioną ze mną sąsiadkę i poszłyśmy na ulicę Trybunalską. Pod bramą więzienia było mnóstwo ludzi. Rozlegały się głośne zawodzenia zrozpaczonych kobiet. Na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu wiele osób zgromadziło się nad otworem głębokiego szamba. Kłębiły się tam liczne zwłoki. Rozpoznałam wśród nich ciało profesora męskiego gimnazjum. Wśród zabitych były też zwłoki pewnej Ukrainki, która za życia pracowała jako kucharka w stołówce. Nie wiem czym sobie zasłużyła ta prosta kobieta na tak straszną śmierć. Nie ma też żadnego wytłumaczenia dla zabicia kogokolwiek z uwięzionych przez NKWD mieszkańców Stryja. Bałam się, że Sowieci mogą jeszcze powrócić, ale mimo to podobnie jak wiele innych osób, weszłam do budynku więzienia. Na kilku jego piętrach znajdowały się pootwierane cele. Jedna z nich, o wielkości typowej łazienki, służyła chyba jako miejsce straceń. Jej podłoga była zalana krwią. Do ścian przymocowano stalowe kleszcze i łańcuchy. Doznałam szoku. Czym prędzej pobiegłam do domu. Przeraziłam się jeszcze bardziej, gdy na moim obuwiu dostrzegłam krew.
Po odejściu Sowietów ze Stryja odkryto też liczne zwłoki w studzience kanalizacyjnej w pobliżu budynku sądu i w zagajniku koło osady Marcinówka, znajdującej się tuż za miejskim parkiem Olszyna. Przytoczone fakty znam tylko ze słyszenia, bo w czasie tych wydarzeń przebywałem na wsi. Nie mogłem jednak pozbyć się uczucia grozy, gdy przechodziłem obok murów więzienia.
Wkrótce znów ujrzałem Rosjan, ale już nie budzili oni we mnie strachu. Byli to wzięci przez Niemców do niewoli żołnierze. Duże grupy tych głodzonych i obdartych jeńców zatrudniano przy ziemnych robotach. Przechodnie podawali im papierosy i kawałki chleba.
Największy obóz jeniecki znajdował się w pobliżu odwiedzanych przeze mnie Grabowiec. Ogrodzono tam drutem kolczastym teren byłego lotniska i trzymano na nim pod otwartym niebem setki, a może i tysiące młodych mężczyzn. Wyglądało na to, że zostali skazani na śmierć z zimna i głodu. Współczułem im. Pewnego dnia, w czasie jesiennej szarugi, z uznaniem przyglądałem się odważnym poczynaniom kilku wiejskich kobiet, które przydźwigały wielki kocioł wypełniony gorącymi ziemniakami i sypnęły nimi pod nogi wyczekujących za ogrodzeniem jeńców. Ten przejaw zwykłej, ludzkiej solidarności wzruszył chyba nawet niemieckich strażników, bo udali, że nie zauważyli zbiegowiska na skraju obozu.

Edwin Walter

niedziela, 22 lutego 2015

11. Niezwykli ludzie


Kazimierz Podhajecki ma ponad siedemdziesiąt  lat, mieszka w Stryju przy ulicy Łesi Ukrainki 57. Jego twarz zdobi wysokie czoło i z fantazją zakręcony wąs. Siedzi przy biurku, na którym ustawiona jest miniaturowa rzeźba, przedstawiająca Józefa Piłsudskiego.
– Mam zostawić Stryj sierotą? – odpowiedział na pytanie czy chce przenieść się do Polski.
Rozmowę prowadził redaktor Stanisław Auguścik podczas robienia zdjęć do filmu z cyklu reportaży z kresów wschodnich. Jego film o Stryju skopiowałem i przechowuję w domowej wideotece, aby co jakiś czas zajrzeć na kilka chwil do mojego rodzinnego miasta. Starszy ode mnie o dziewięć lat Kazimierz Podhajecki stał się poniekąd moim znajomym. Słuchając jego opowieści staram się zrozumieć, co go skłoniło do pozostania w opuszczonym przez Polaków środowisku. Przyjmuję jego wyjaśnienie.
– Za księdza Cisły my, ministranci, przysięgali, że nie opuścimy naszej matki, Królowej Korony Polskiej i tej przysięgi nigdy nie chcę złamać. Zostanę tu dopóki żyć będę.
Wierny strażnik polskości Stryja musiał jednak wcześniej opuścić swoje miasto na szereg lat. Z chwilą wycofania się stamtąd okupantów niemieckich udał się wraz z oddziałem Armii Krajowej w lasy kieleckie. Gdy wrócił do Stryja, to sowieccy „wyzwoliciele” z miejsca go aresztowali. Przez siedemnaście dni czekał na wykonanie wydanego na niego wyroku śmierci, ale zmniejszono mu tę karę na dwadzieścia lat katorgi. Po jedenastu latach pobytu w łagrach powrócił do Stryja. Inni, którzy opuścili to miasto, wracali i jeszcze wracają do niego już tylko myślami.
Urodzony tam Mieczysław Magiera napisał w Londynie:
Na herbie bluźniercza czerwona blizna
Zdradzony bastion, Sobieskiego chluba
Za drutem kolczastym cenna polska zguba
Mój Stryj rodzinny, to moja Ojczyzna.
Znany skamandryta Kazimierz Wierzyński też nie mógł zapomnieć o Stryju, chociaż przeżył w nim tylko kilka lat jako gimnazjalista. Jego wiersz „Do Leopolda Staffa” zaczyna się od słów: „W małym mieście (z którego tu wszyscy się śmieją)”. W jednej z kolejnych strof tego utworu brzmi już jednak całkiem inny ton:
A jeśli już mam wyznać pragnienie najszczersze,
Chciałbym bardzo, by nie zgasł mój głos bezpotomnie
I w miasteczku odległym ktoś myślał tak o mnie,
Jak ja o tobie, niosąc pod pachą me wiersze.
Stryjskie motywy można rozpoznać w wielu utworach tego wspaniałego poety. To niewielkie, galicyjskie miasto, w którym rozmawiano po polsku, ukraińsku, w jidysz, a często też po ormiańsku i niemiecku, wyróżniało się jakąś szczególną atmosferą, stanowiącą dobrą pożywkę dla wszelkiej artystycznej twórczości.
Ze Stryja pochodził m.in. autor powieści „Szatan z siódmej klasy” oraz innych bardzo pogodnych i popularnych utworów literackich, Kornel Makuszyński. Tamże się wychował i wykształcił w polskim gimnazjum znany pisarz Julian Stryjkowski. Szkoły średnie tego miasta reprezentowały dobry poziom. Upewniłem się w tym przekonaniu słuchając pełnych erudycji wspomnień kilku odnalezionych gdzieś w Polsce przez red. Auguścika absolwentów stryjskich szkół: Adama Wandalskiego, Mieczysława Barańskiego, Czesława Lasoty i innych. Odniosłem przy tym wrażenie, że ci ludzie są bardzo dumni z miejsca swojego urodzenia. Jak podkreślali, ze Stryjem związanych jest wiele nazwisk wybitnych przedstawicieli nauki, kultury, sztuki, polityki i wojskowości.
W okresie Wiosny Ludów stryjskim gimnazjalistą był Artur Grottger, który zasłynął później jako grafik i czołowy przedstawiciel polskiego malarstwa romantycznego. W wiejskim dworku pod Stryjem żył przez pewien czas i tworzył Kornel Ujejski, autor „Maratonu”, apoteozy walki o wolność. Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stryju ukończyli m.in.: znany śpiewak operowy Andrzej Hiolski, wybitny reżyser teatralny Wilam Horzyca oraz trzykrotny premier rządu przedwojennej Polski Kazimierz Bartel. Z tego miasta pochodził też bohater dwóch wojen światowych, legendarny dowódca 21. Dywizji Piechoty Górskiej, gen. Józef Kustroń. Do tej plejady wspaniałych nazwisk zaliczyłbym również urodzoną w Stryju, a znaną wielu mieszkańcom Szczecina, Janinę Szczerską, znakomitego pedagoga, organizatora i długoletniego dyrektora I Gimnazjum i Liceum przy al. Piastów. Po ukończeniu studiów we Lwowie pierwsze doświadczenia nauczycielskie Janina Szczerska zdobywała w jednym z gimnazjów swojego rodzinnego miasta. Później uczyła i wychowywała szczecińską młodzież. Ta otaczana wielkim szacunkiem nauczycielka zmarła w Szczecinie 10 lipca 1981 roku przeżywszy 84 lata. Od tamtej daty minęło już kilkanaście lat. Czas wciąż mija, ale najmłodsi Polacy ze Stryja jeszcze żyją. Jak sądzę, pozostaje jeszcze przy dobrym zdrowiu Kazimierz Podhajecki, stanowiąc w tym mieście żywy symbol minionej epoki.

Edwin Walter