niedziela, 7 czerwca 2015

19. Na wojennej ścieżce

Dość wcześnie odstawiłem zachowane z czasów przedwojennych zabawki, chociaż niektóre z nich mogły stanowić atrakcję nawet dla dorosłych. Była to między innymi kolejka z torowiskami, poruszana sprężynowym napędem oraz starannie wykonana replika pasażerskiego statku oceanicznego z ukrytym pod pokładem zminiaturyzowanym silnikiem parowym. Bardziej od tych kupionych kiedyś przez rodziców zabawek zaczęły mnie interesować przedmioty wykonane własnoręcznie. Jak sobie przypominam, całą swoją uwagę skupiłem na tworzeniu mniej lub bardziej udanych środków obrony.
Zacząłem od zrobienia zwykłej procy. Był to miotacz kamieni z silnym naciągiem ze skrawków grubej, samochodowej dętki. W amunicję zaopatrywałem się na naszym podwórzu, pokrytym częściowo żwirem. Podobne proce mieli moi koledzy. Strzelaliśmy do ustawionych przed sobą butelek i puszek po konserwach. O tym, że nie była to tylko zabawa, świadczy fakt, iż kamienie zastąpiliśmy po jakimś czasie siekańcami z ołowiu. Na pomysł takiego udoskonalenia naszej broni wpadł mój brat, liczący sobie wówczas dwanaście lat. Surowca nam nie brakowało, bo znaleźliśmy w piwnicy resztki ołowianych rur wodociągowych, które pocięliśmy na drobne kawałki.
Ja też wniosłem swój wkład w tworzenie naszego arsenału. Po obejrzeniu wycofanych z użytku ram okiennych doszedłem do wniosku, że znajdujące się w nich stalowe pręty mogą nam posłużyć jako klingi szpad. O białej broni miałem już jakie takie pojęcie, bo dość wcześnie zacząłem czytać powieści Aleksandra Dumasa i Sienkiewicza. Mój pomysł spotkał się z uznaniem brata. Wspólnymi siłami wyostrzyliśmy końce prętów. Jego dziełem były rękojeści, ładnie wykonane z drewna i blachy wyciętej z konserwowych puszek.
Ta broń silnie pobudzała moją wyobraźnię. Wieczorami, przed zaśnięciem, kładłem ją zawsze obok łóżka, w zasięgu ręki. Zaplanowałem też taktykę walki, bo stale żyliśmy pod groźbą napadów band UPA. Miałem zamiar stanąć za skrzydłem zawsze otwartych drzwi mojego pokoju, aby z tego ukrycia przekłuć pierś napastnika. Sądzę, że byłbym zdolny to uczynić.
Wojna i zagrożenie życia niewątpliwie odciskały piętno na psychice dzieci. Nawet pozornie niewinna zabawa wykonanymi przez nas strzałkami, którymi rzucaliśmy do tarcz, przybrała dość bojowy charakter. Krótkie ostrza tych lotek wymieniliśmy na długie gwoździe, którymi można było kogoś śmiertelnie zranić. Na to niebezpieczeństwo zwrócił nam uwagę mieszkający w naszej kamienicy ukraiński sędzia, pan K., który swoją pełną pouczeń perorą, wygłoszoną głośno przy otwartych oknach mieszkań, chciał chyba sprawić wrażenie, że jest człowiekiem miłującym pokój. Zaznaczył, że troszczy się o nasze bezpieczeństwo, czym nas obraził, bo zawsze zachowywaliśmy się w sposób odpowiedzialny. Nie zdarzyło się, żeby któryś z nas zranił kogokolwiek.
Nasze proce, szpady i rzutki o cechach małych włóczni jakoś nie niepokoiły innych lokatorów domu. Jeden z nich stał się nawet moim wspólnikiem przy konstruowaniu strzelby ładowanej prochem strzelniczym, pakułami i ołowiem. Był to pan Strzelecki (nomen omen!), stary i schorowany już człowiek, który przed przejściem na emeryturę pracował w warsztatach kolejowych. Mieliśmy wspólną sień i to sprawiło, że stałem się częstym gościem w jego mieszkaniu, składającym się z kuchni bez okna i dużego pokoju. W kuchni całą długość jednej ze ścian zajmował ciężki stół z przykręconym do blatu imadłem. Był to warsztat, przy którym pan Strzelecki wykonywał od czasu do czasu drobne roboty ślusarskie. Pokój miał dwa duże okna, ale było w nim ciemno od papierosowego dymu, bo zarówno pan Strzelecki jak i jego żona palili grube skręty, wypełnione sieczką z liści drzew owocowych i płatków róży, popijając przy tym jakieś ziołowe herbatki. Ta sympatyczna para staruszków traktowała moje wizyty jako okazję do wspominania swoich podróży do Włoch. Były to zbiorowe wycieczki pracowników kolei w wagonach przemienionych w ruchome hotele. W wybranych miastach ustawiano je na bocznych torach. W ten sposób, dość tanim – jak sądzę – kosztem można było pozwiedzać kawał świata. Słuchając opowieści o Włoszech, przyglądałem się zawieszonym na ścianach pokoju, oprawionym w ramki zdjęciom z widokami Mediolanu, Wenecji, Rzymu i Palermo. Szczególną przyjemność sprawiało mi dotykanie przywiezionego stamtąd i ustawionego w kącie pokoju wydrążonego pnia drzewa korkowego. Czyniłem to za każdym razem, gdy wszedłem do tego pełnego pamiątek pokoju. Kładąc dłonie na egzotycznej korze marzyłem o dalekich podróżach, chociaż wiedziałem, że granice naszego kraju są pilnie strzeżone przez okupantów.
Pan Strzelecki miał trudności z chodzeniem. Ale urządzał sobie spacerki po podwórzu dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. Pewnego razu zauważył, że nad czymś pracuję. Już miałem wystruganą część strzelby i zajęty byłem montowaniem lufy. Była to stalowa rurka, stanowiąca niepotrzebny nikomu odpad założonej kiedyś w naszym domu instalacji gazowej. Tę rzecz łączyłem z drewnem blaszanymi opaskami.
- I co dalej? - zapytał pan Strzelecki.
Odpowiedziałem, że potrzebna jest mi wiertarka i on bez zbędnego gadania zaprosił mnie do swojego warsztatu. Umocowaliśmy nitami stalowy czop, zamykający tylną część lufy i wywierciliśmy w nim kanalik, przez który miałem zamiar wprowadzić rozżarzony drut w celu odpalania ładunków. Wkrótce strzelba była gotowa do użytku. Naładowałem ją i ułożyłem na betonowej balustradzie podestu schodów. Obok mnie stał pan Strzelecki. Był chyba zdenerwowany, bo z trudem oddychał. Jego astmatyczne rzężenia i poświsty zagłuszył huk wystrzału. Ze ściany pobliskiej oficyny posypał się poodbijany kawałkami ołowiu tynk, a staruszek jakby odzyskał zdrowie. Śmiał się i wykonywał coś w rodzaju wojennego tańca.

Edwin Walter



Edwin Walter, Stryj 1944 r.


niedziela, 31 maja 2015

18. Czarna dama

Po upadku Powstania Styczniowego galicyjskie Polki długo nosiły żałobne szaty. Ten wzruszający zwyczaj przetrwał do wybuchu I wojny światowej, w wyniku której Polska odzyskała niepodległość. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku znów nie zabrakło powodów do ogłoszenia narodowej żałoby, ale ci, którzy ocaleli, nie byli już tak romantycznie nastrojeni, jak nasi dziewiętnastowieczni przodkowie, bo jeżeli decydowali się na jakieś demonstracje, to była to zbrojna dywersja, a wszelkie przygotowania do takich działań odbywały się w głębokiej konspiracji. W Galicji wschodniej była ona tym trudniejsza, że polskie społeczeństwo znajdowało się tam pod baczną kontrolą nie tylko okupantów, ale i wysługujących się im kolaborantów.
Siła złego na jednego, można by powiedzieć. W tych warunkach należało ubierać się jak najbardziej normalnie, aby nie zwracać na siebie uwagi, a już z pewnością byłoby niewskazane umundurowanie się Polek w czarne sukienki.
W Stryju, w znanym mi dość dobrze środowisku mieszkańców czterech domów, mających jeden wspólny wjazd od strony ul. Dobrowlańskiej, tylko dwie kobiety nosiły żałobę. Jedna z nich ubierała się na czarno, gdy wkrótce po wejściu Rosjan do miasta zmarł na atak serca jej młody jeszcze mąż. Była to śmierć człowieka, który nie przetrzymał szoku wywołanego utratą przez Polskę niepodległości i zawaleniem się jego życiowych perspektyw. Ukończył właśnie budowę pięknego domu, gdy przyszli obcy ludzie i powiedzieli mu, że wszelka własność jest czymś nagannym.
Drugą kobietą w czerni była „pani Wanda“, jedna z mieszkanek najstarszego na naszym miniosiedlu domu. Był to kryty blachą parterowy budynek, któremu brakowało tylko kolumienek przed wejściem, aby wyglądał jak typowy dworek szlachecki. Zasiedziała w nim rodzina Klimkowiczów składała się z sędziwego już ojca, jego żony oraz czwórki ich dzieci: Jana, który pokazał się na krótko przed wybuchem wojny w swoim oficerskim mundurze i przypiętą do boku szablą, Wandy – absolwentki Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, Mieczysława, absolwenta gimnazjum Jezuitów w Chyrowie i dyplomanta też dobrej szkoły kolejowej oraz najmłodszej w tym gronie Zofii.
Jan, który po klęsce wrześniowej opuścił Polskę, dał szybko znak życia. Była to przesłana wiadomość z Francji. Przeżył zresztą szczęśliwie całą wojnę, a po jej zakończeniu osiedlił się w Paryżu i mieszkał tam do końca swoich lat. Reszta tej rodziny pozostała w Stryju. Wanda znajdowała jakieś zajęcia w szkołach, Mieczysław pracował jako dyżurny ruchu na stacjach kolejowych, a Zofia pomagała matce w prowadzeniu domu.
W zasadzie tylko Wanda zwracała na siebie uwagę sąsiadów swoimi żałobnymi ubiorami, które nosiła od początku okupacji. Zastanawiano się po kim jest ta żałoba, ale najbardziej wścibscy ludzie musieli pogodzić się ze swoją niewiedzą na ten temat, bo pani profesor umiała zachować dystans wobec mało znanych jej ludzi. Niektórzy podejrzewali ją o swoistą kokieterię, przyznając, że w tych swoich bardzo starannie dobranych i dobrze utrzymanych strojach prezentowała sieę efektownie. W końcu ktoś nadał jej przydomek „czarnej damy“.
Widywałem ją często, bo o stałych porach przechodziła przez podwórze naszej kamienicy. Pewnego razu, w czasie marcowych roztopów, przy furtce łączącej dwie posesje znalazłem w śniegu wieczne pióro marki Pelikan, wykonane z pięknej, zielonej masy. Od razu domyśliłem się, że jest to własność czarnej damy. Oddając jej to pióro, zawarłem z nią przy okazji całkiem ciekawą znajomość.
Po kilku latach dość zawikłane i tragiczne losy sprawiły, że obie nasze rodziny stały się sobie bliskie. W roli mojego ojczyma zaczął występować brat owej pani, Mieczysław. Pewnego razu, w czasie niemieckiej okupacji ten mój opiekun poprosił mnie o wyświadczenie dość dziwnej – jak początkowo sądziłem – przysługi. Wykonując podaną mi przez niego instrukcję, poszedłem do znajdującego się za jego rodzinnym domem sadu, włożyłem rękę do starej, od dawna nieużywanej psiej budy i wyjąłem z niej lniany woreczek, wypełniony szeleszczącymi metalicznie drobnymi przedmiotami. Był późny, zimowy wieczór, ale mimo panujących ciemności zorientowałem się, że pod zmrożoną, lnianą powłoką znajduje się amunicja. Brodząc w śniegu, poszedłem z tym pakunkiem do końca sadu, przeprawiłem się przez otwór w ogrodzeniu i maszerując wzdłuż znajdujących się tam torów, łatwo odszukałem wskazany mi adres.
Wprowadzono mnie do jasno oświetlonego pomieszczenia. Była to chyba kuchnia. Na jej środku ustawiono drewniany kloc z przytwierdzonym do niego imadłem. To urządzenie przytrzymywało ręczny granat, którego stalową powłokę nacinał pilnikiem w regularne rąby jakiś ubrany po kolejarsku mężczyzna. Bez zbędnych słów położyłem na stole przyniesioną przesyłkę i na tym skończyła się moja misja. Po jej wykonaniu zdałem sobie sprawę z tego, że muszę zachować pełną dyskrecję. Było to więc jedno z pierwszych, poważnych doświadczeń w moim dziecinnym życiu. Nie rozmawiałem na ten temat nawet z samym zleceniodawcą.
Gdy w Stryju znowu pojawili się Rosjanie, to ktoś doniósł im, że mój ojczym i jego siostra Wanda należeli do Armii Krajowej. Za tę „zbrodnię“ oboje zostali wywiezieni do Rostowa nad Donem i przez kilka lat byli tam trzymani w łagrze. Po powrocie do Polski Wanda nadal ubierała się w żałobne stroje, bo jej zdaniem kraj wciąż pozostawał w niewoli.

Edwin Walter

niedziela, 24 maja 2015

17. Austriacy

Lekceważące powiedzonko o „austriackim gadaniu“ było jednym z przejawów przeciwstawiania się Polaków germanizacyjnym zapędom zaborców w utworzonym przez nich na terenach południowo-wschodniej Polski Królestwie Galicji i Lodomerii. Krnąbrni kresowiacy nie ulegali obcym wpływom, a co ciekawsze, powołani do realizacji ustalonej w Wiedniu polityki austriaccy i czescy urzędnicy w zetknięciu z polskim żywiołem często sami ulegali spolszczeniu. Jeszcze bardziej podatni na polskie wpływy byli zwykli przybysze z obszarów Austro-Węgier, którzy w Galicji zakładali gospodarstwa rolne i warsztaty rzemieślnicze. Tym należy tłumaczyć, że wśród ludności zamieszkującej ten rejon Polski, zwany do dziś zwyczajowo Galicją, można było spotkać wielu Polaków noszących nazwiska oraz imiona niemieckie. Niektórzy z tych ludzi nie zdawali sobie sprawy ze swojej proweniencji. Nawet ci, którzy coś wiedzieli o swoich austriackich przodkach dzięki temu, że urodzili się jeszcze za życia dziadków albo pradziadków, bez większych oporów odcinali się od pozbawionych znaczenia rodzinnych tradycji i stawali się po prostu Polakami.
Do takich osób zaliczyłbym na przykład dobrze mi znanego w swoim czasie Feliksa Majera, który jako młody człowiek pobierał nauki w budapeszteńskiej szkole rzemiosł artystycznych, a w wieku dojrzałym poświęcał się z wielkim zamiłowaniem kopiowaniu urzekających go dzieł polskiego malarstwa.
Austriaczką z pochodzenia była matka mojej matki, Karolina z domu Marks. Nie sądzę, żeby łączyło ją jakieś pokrewieństwo ze znanym filozofem, chociaż jej imię i nazwisko mogłoby to sugerować. Specjalnością tej kobiety było wypiekanie serników i szarlotek. Swoje cukiernicze wyroby podawała do kawy z ziaren palonych w specjalnym naczyniu, ustawianym na kuchennym blacie. Zapach i smak tego napoju bardzo przypadł mi do gustu już we wczesnym dzieciństwie.
Siostra babci, Maria, była właścicielką niewielkiego gospodarstwa rolnego, położonego w pobliżu Stryja we wsi Grabowiec. Lubiłem odwiedzać jej schludny dom z oszkloną kolorowymi szybkami werandą. Po drugiej stronie miasta, w Uhersku, miał swoją siedzibę brat babci, którego imienia niestety nie zapamiętałem. Pełnił on funkcję dróżnika kolejowego, co w czasach austriackiego zaboru i w okresie międzywojennym było dobrze płatnym zajęciem. Otrzymywaną pensję uzupełniał on dochodami z prowadzonej przez siebie pasieki. Widywałem go, gdy przyjeżdżał na zakupy do Stryja. Nosił czarne garnitury a w okresach zimowych jego wierzchnim ubiorem była dobrze uszyta, podbita jakimś ciepłym futrem pelisa. Wyglądał zawsze bogato i uroczyście. Jego twarz zdobił sumiasty wąs z bokobrodami, utrzymanymi w stylu cesarza Franciszka Józefa I. Częstował mnie owiniętymi w papierki cukierkami, które sam chyba też lubił, bo zwykle miał ich zapas w kieszeniach.
Całe to rodzeństwo posługiwało się dobrze wyszlifowanym językiem polskim. O austriackich sentymentach babci świadczyły już tylko śpiewane przez nią piosenki. W jej wykonaniu poznałem ładnie brzmiącą melodię hymnu ze słowami: „Cesarzowa mile włada ...“. Był to tekst przełożony na język polski. Babcia śpiewała też często rycerską balladę o Edwinie i Wandzie, co wyjaśnia skąd wziął się pomysł nadania mi dość niezwykłego imienia.
Wielu Austriaków pojawiło się w moim rodzinnym mieście w czasie niemieckiej okupacji. Byli to wojskowi i urzędnicy, odróżniający się od „prawdziwych Niemców“ dość ludzkim podejściem do miejscowej ludności. Jedno z kierowniczych stanowisk na stacji kolejowej zajmował sympatyczny wiedeńczyk o nazwisku Kieseweter, który wbrew obowiązującym konwencjom wdał się w romans z pewną Polką. Wywołana tym afera skończyła się happy endem, bo kochliwy Austriak wywiózł wybrankę swego serca do Wiednia i tam zawarł z nią związek małżeński.
Jeszcze bardziej zasłynął w Stryju dowódca posterunku Bahnschutzu, Karol Bosser, też wiedeńczyk. Prowadził on cichą wojnę z żandarmerią. Jej ekipy urządzały częste obławy na ludzi przewożących pociągami żywność, kupowaną między innymi w rejonach Przemyśla i Dębicy. Gdy na stacji zjawiali się żandarmi z psami, to Bosser jechał na najbliższy przystanek kolejowy i tam przeganiał z przemyskiego pociągu pasażerów z plecakami i torbami, w których według jego mniemania mogła znajdować się żywność. Ci ludzie dojeżdżali do Stryja, następnym pociągiem, gdy na stacji nie groziły im już rewizje i konfiskaty bagażu. Wykrzykiwany przez niego w wagonach kolejowych rozkaz „Raus!“ nikogo nie obrażał, gdyż przyjmowany był przez doświadczonych podróżników jako przyjacielska rada. Ten Austriak dobrze więc zapisał się w pamięci wielu mieszkańców Stryja. 

Edwin Walter



sobota, 16 maja 2015

16. Feniks z popiołów

W czasie Świąt Wielkanocnych w 1886 roku Stryj przemienił się w ogromne pogorzelisko. Ten największy w dziejach miasta pożar wybuchł w sobotę 17 kwietnia o godzinie drugiej w nocy od przypadkowo zaprószonego ognia. W ciągu pół godziny zapaliły się zabudowania rynku z wielkimi składami towarów. Wkrótce podsycana silnym wiatrem pożoga ogarnęła również inne rejony. Spłonęło ogółem 970 domów. Ocalały tylko budynki poczty, koszar oraz cerkiew i zbór ewangelicki. W „Historii miasta Stryja“ Antoniego Prochaski znajduję opis tego tragicznego wydarzenia, oparty na ówczesnej relacji prasowej. Czytam m.in.: „Żywiołowy ogień szalał tak szybko, że ludzie uciekali ledwo w tym, co na sobie mieli ... Z niebezpieczeństwem życia uratował ksiądz Rumiński, poroch, metrykalne księgi. Były rozrzewniające sceny poświęcenia. Chorą żonę dyrektora gimnazjum, Misińskiego, uratowali studenci, wynosząc ją w łóżku z płonącego domu. Poparzyło się wielu, jak m.in. dyrektor szkoły ludowej Hołubowicz ... Gaszący zgliszcza pionierzy snuli się jak grabarze. Cesarz wysłał 10.000 zł dla ratunku, minister wojny przysłał kilkadziesiąt namiotów, które rozbito na rynku. W całym kraju zarządzono składki“.
Klęski pożarów często nawiedzały Stryj od najdawniejszych lat. W okresie Rzeczypospolitej naliczono ich 18. Według zachowanych zapisów już na przełomie lat 1517-1518 zdarzył się groźny w skutkach pożar, a następne takie nieszczęście przyszło w 1592 roku. W wiekach XVII i XVIII odnotowano po osiem wielkich pożarów, co mogłoby wskazywać na pewną regularność w ich występowaniu. Składały się na to różne przyczyny, ale z pewnością najważniejszą z nich było to, że przy każdej odbudowie miasta stawiano domy z drewna. Dopiero w XIX wieku wybudowano w Stryju wiele domów z cegły, ale i to nie przeszkodziło w powstawaniu i łatwemu rozprzestrzenianiu się pożarów, gdyż to miasto wciąż narażone jest na podmuchy silnych, podgórskich wiatrów, które podsycają każde zarzewie ognia.
Pożary wybuchały w miejscowych gorzelniach, tartakach i magazynach, co należy złożyć na karb nieostrożności pracowników tych zakładów, ale były też często celowo wzniecane przez różnych najeźdźców, a zwłaszcza przez Tatarów. W latach 1523 i 1524 spalili oni Stryj dwukrotnie. Również po późniejszych najazdach kozacko-tatarskich pozostawały na jego przedmieściach zgliszcza. W czasach saskich w jednym tylko 1726 roku wybuchły dwa pożary. W 1772 roku, pierwszym roku rozbiorów, ogień strawił prawie całe miasto. Spłonął nawet murowany kościół.
To palone i odbudowywane na nowo miasto utraciło niemal wszystkie zabytki. Klęski pożarów pojawiły się w Stryju również w latach 1917 i 1918, ale jego mieszkańcy nigdy nie poddali się uczuciom rezygnacji. Jak czytam w „Historii Stryja“ sekretarz magistratu Wilhelm Somerfeld w napisanym przez siebie referacie pt. „Rozwój miasta Stryja w czasie od 1874 do 1924 roku“ stwierdził m.in.: „Po wielkim pożarze w 1886 roku miasto się odbudowało. W miejsce niskich, zapadłych domków powstały piękne, murowane domy piętrowe oraz wspaniałe wille“. Skrupulatny sekretarz wymienił różne inwestycje o znaczeniu społecznym, gospodarczym i kulturalnym, które zrealizowano do czasów mu najbliższych. Już w latach 1906 i 1907 pojawiło się na ulicach Stryja w sumie 410 lamp gazowych, którymi zastąpiono stare oświetlenie naftowe. W 1910 roku przystąpiono do wiercenia studni i zakładania miejskich wodociągów. W czasie trzydziestu lat wszystkie pobocza ulic wyłożono kamiennymi chodnikami, które jak pisze W. Somerfeld: „swoim wyglądem dają obraz miasta europejskiego, postępu i cywilizacji“.
Z tą cywilizacją nie było jeszcze tak dobrze, jak na nasze współczesne wyobrażenia. Jezdnie były pokryte kamiennym tłuczniem, pracowicie ubijanym przez jedyny w mieście walec drogowy, ale przynajmniej nie jeździło się tam po błocie. W swojej książce Antoni Prochaska trafnie zauważył: „Odrodzenie swe, postać świeżą, nowe oblicze zawdzięcza Stryj niestety klęsce pożaru, który 17 kwietnia 1886 roku w perzynę obrócił duże i ludne miasto, ale jak cudowny ptak Feniks, na krótko tylko zagrzebał się w popiołach, by niebawem już powstać z nich odrodzonym, tak i gród kresowy wnet dźwiga się z ruiny nową przybierając postać“.

Edwin Walter

niedziela, 10 maja 2015

15. Najstarsze dzieje


Trudno jest określić wiek miasta, które wzięło swoją nazwę od rzeki Stryj. Wykonana w 1541 roku pieczęć ławnicza z herbem wyobrażającym jakąś postać świadczy prawdopodobnie o nawiązaniu w ten sposób do starej legendy, która mówi, iż nad tą rzeką istniała w zamierzchłych czasach pustelnia świątobliwego eremity, odwiedzana przez okoliczny lud, i że te zgromadzenia dały początek powstaniu tam osady z kościółkiem.
Niektórzy historycy twierdzą jednak, że ta herbowa postać w kapeluszu, okryta obszerną szatą i dzierżąca ozdobną laskę, wcale nie jest pustelnikiem lecz wędrownym kupcem. Do takiego wniosku skłoniła ich magistracka pieczęć z 1574 roku z wizerunkiem idącego człowieka. Możliwe, że na ten temat dyskutowano już w XVI wieku, gdyż nie było chyba obojętne, czy miastu dał początek rusiński eremita czy powstało ono dzięki wędrownym kupcom przybywającym tam z sąsiednich krajów, a więc i z Polski. W każdym razie późniejsza pieczęć wykonana w XVII wieku nie pozostawia wątpliwości, że zdecydowano się na umieszczenie na niej wyraźnej podobizny kupca. Ma on na sobie modny w owym czasie strój, stoi przed bramą miasta, obok której umieszczono symboliczne drzewo i kotwicę. Było to uzasadnione, bo spławiane rzeką produkty leśne stanowiły kiedyś podstawę miejscowej gospodarki. Ta wersja stryjskiego herbu nie została zaakceptowana przez austriackiego zaborcę. W 1794 roku cesarz Franciszek II nadał miastu herb przedstawiający rzekę z dwoma austriackimi orłami po obu jej brzegach, ale ten jego akt spotkał się prawdopodobnie z bojkotem miejscowej ludności. Może dlatego właśnie w 1844 roku cesarz Ferdynand I poszedł na ustępstwo i ustanowił herb Stryja przedstawiający pielgrzyma z laską i różańcem. Miał to być rzekomo święty Leonard, patron kupiectwa. W ten sposób nawiązano jakby do legendy o eremicie i równocześnie do tradycyjnego herbu, przedstawiającego kupca. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że Stryj bardzo wcześnie stał się bardzo poważnym ośrodkiem handlowym dzięki swojemu położeniu na skrzyżowaniu dróg wiodących z północy przez Karpaty na Węgry i ze Śląska na wschód, min. do Carogrodu. Kompromisowa wersja herbu jakoś się przyjęła i o ile dobrze pamiętam, żeliwne słupy gazowych latarni w Stryju były oznaczone emblematami z wizerunkiem świętego Leonarda. Herby Stryja mogły sugerować, że jego mieszkańcy zajmowali się tylko modlitwą i handlem, ale wiadomo, że już w początkach XV wieku było to miasto stanowiące ośrodek administracyjny na dużych obszarach ziem królewskich. Szybkiemu rozwojowi Stryja sprzyjało osadzenie tego grodu przez Władysława Jagiełłę na prawie magdeburskim w 1431 roku. W ostatnich latach XV wieku i w pierwszych dziesięcioleciach wieku następnego województwo ruskie było wyniszczane przez powtarzające się ciągłe najazdy Tatarów, Turków i Mołdawian. W tym czasie Stryj był kilkakrotnie palony. Aby umożliwić jego odbudowę król Zygmunt I uwolnił miasto na osiem lat od wszelkich podatków oprócz cła. Nękani przez najeźdźców mieszkańcy korzystali ze zwolnień podatkowych również w późniejszych czasach. Dobrodziejami Stryja byli m.in. miejscowy starosta Jan Tarnowski oraz królowie Zygmunt August, Stefan Batory, Zygmunt III, Jan Kazimierz, a zwłaszcza Jan III Sobieski, który zanim został królem, był stryjskim starostą. W młodości ten późniejszy pogromca oblegających Wiedeń wojsk tureckich wziął udział w tłumieniu buntu Kozaków, wspomaganych przez hordy Tatarów. Był to rok 1648 nazwany krwawym rokiem na Czerwonej Rusi, a także "czasem ruiny". W tym okresie mieszkańcy dobrze ufortyfikowanego Stryja dzielnie odpierali ataki zwolenników Chmielnickiego i Tuhaj-beja, zyskując swojej reducie miano "Urbs fidelis" - miasta wiernego Rzeczpospolitej.
Edwin Walter

piątek, 24 kwietnia 2015

14. Niepokonani


Austriackim zaborcom dość długo udawało się pozbawiać polską młodzież normalnego dostępu do nauki szkolnej. Tak było między innymi w Stryju. W jednym z tomów "Słownika Geograficznego" Chlebowskiego zawarta jest informacja, że w 1889 r. ten liczący wówczas 16 tys. mieszkańców gród miał tylko dwie szkoły czteroklasowe, z których jedna była męska a druga żeńska. Istniała też tzw. "etatowa" szkoła jednoklasowa na przedmieściu Łany.
To zacofanie oświatowe jeszcze bardziej się uwydatni, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż według przyjętych w CK Austrii norm na 16 tys. mieszkańców powinno było przypadać 14 szkół powszechnych. Nie wątpię, że kogo było na to stać, ten zapewniał swoim dzieciom możliwość zdobycia wykształcenia w domu, ale ze społecznego punktu widzenia nie było to żadne rozwiązanie. Problem zaniedbanej przez zaborców oświaty gmina rozwiązała z czasem samodzielnie, nie żałując na ten cel pieniędzy. Dzięki temu, jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, stryjska młodzież mogła się uczyć w dość dobrych warunkach.
Według danych z 1924 r. w Stryju było już 8 szkół powszechnych, w tym 6 dużych szkół siedmioklasowych, liczących po 300-600 uczniów. Powstały też 3 gimnazja i 2 prywatne seminaria żeńskie. Poza tym siostry nazaretanki prowadziły dwa zakłady wychowawcze (wyższy i niższy). Do tego zestawienia należy jeszcze dodać państwowe gimnazjum dla ludności ukraińskiej, publiczną szkołę przemysłową, utrzymywaną z funduszów miejskich i państwowych oraz dwie bardzo popularne prywatne szkoły handlowe.
W planach miasta było jeszcze wybudowanie trzech szkół powszechnych "wedle najnowszych wymogów techniki", ale i bez nich sieć szkół była na tyle dobrze rozwinięta, że Stryj stał się miastem ludzi wykształconych. Bliskość Lwowa z jego znakomitym uniwersytetem i sławną politechniką sprawiła, że wielu stryjskich maturzystów decydowało się na podejmowanie nauki na tych uczelniach i zdobywanie w ten sposób wyższego wykształcenia. To wszystko miało ogromne znaczenie w późniejszych, mrocznych czasach, które nadeszły wraz z wybuchem II wojny światowej.
Po walkach wrześniowych 1939 roku, które zakończyły się dla Polski klęską militarną sowieccy a później również hitlerowscy okupanci terenów wschodnich pragnęli zgnębić mieszkańców duchowo swoimi atakami na szkoły. Sowieci zajęli się rusyfikacją oraz ideologiczną indoktrynacją dzieci, których nie zdołali wywieźć na Sybir, a hitlerowcy doszli do wniosku, że polską młodzież, jako przyszłą siłę roboczą, wystarczy nauczyć czytać, pisać i liczyć do stu.
Ukraińcy byli lepiej traktowani przez obu okupantów niż Polacy, ale Niemcy nie dali tym swoim sojusznikom zbytnio podnieść głów. O zamierzeniach "oświatowych" hitlerowców w stosunku do Ukraińców przypomniała jedna z gazet, drukując na swoich łamach fragment nieopublikowanej jeszcze w Polsce książki Jochema von Langa: "Martin Borman. Człowiek, który zawładnął Hitlerem". W tekście tym przeczytałem, m.in.: "Zamiast cyrylicy Ukraińcy powinni się nauczyć pisma łacińskiego i poznać niemiecki na tyle, żeby zrozumieć rozkazy. Kto chciałby uczęszczać do szkoły, powinien płacić, ale nie wolno dopuścić do tego, żeby nauczył się więcej niż znaczenia znaków drogowych".
Jako siedmiolatek, rozpoczynający naukę szkolną w jesieni 1939 roku, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem obiektem szczególnego zainteresowania tak możnych ludzi, jakimi byli Stalin i Hitler.
Zostałem przyjęty do szkoły podstawowej przy ulicy Jana Kochanowskiego. Był już listopad. W izbie lekcyjnej panował dość przykry chłód, ale nie pozbawiło mnie to radości z wejścia w nowy etap życia. Z miejsca stałem się wielbicielem naszej pięknej i sympatycznej nauczycielki. Niezwykłych doznań dostarczyła mi też moja szkolna wyprawka, składająca się z rzeczy kupionych jeszcze przed wybuchem wojny. Był to błyszczący lakierem tornister, w którym nosiłem, m.in. podręcznik Falskiego oraz wykonane z dobrego papieru zeszyty, ładny piórnik i cudownie pachnące kredki. Idylla nie trwała jednak długo. W czasie jednej z lekcji dyrektorka szkoły, wysoka Ukrainka z czołem naznaczonym ciemnymi zrośniętymi brwiami, wprowadziła do klasy przybyłego ze Lwowa inspektora, który podobnie jak ona wyglądał na swój sposób dość groźnie. Przerażona tą nagłą wizytą nauczycielka usunęła się do kąta sali, a pan inspektor wygłosił pogadankę o szkodliwości palenia papierosów. To jego wystąpienie bardzo zdziwiło mnie i pozostałych małych słuchaczy, bo nikt z nas nie miał jeszcze ochoty do korzystania z takich używek.
Po wizycie inspektora wiele się zmieniło w naszej klasie. Ulubiona przeze mnie nauczycielka już się więcej nie pokazała. Zastąpił ją ktoś inny. Od tego momentu moje postępy w nauce pisania i czytania zostały nagle wyhamowane. Powstałe zaległości nadrobiłem jednak dość szybko dzięki lekcjom udzielanym mi w domu.
W drugiej klasie wbijano mi do głowy bukwy cyrylicy. Doszło do tego, że lepiej pisałem po ukraińsku niż po polsku. Pogubiłem się całkowicie, gdy wprowadzono rosyjski jako język wykładowy, który z trudem odróżniałem od ukraińskiego. Sam zrozumiałem więc, że należało się jakoś uodpornić na to ogłupiające oddziaływanie szkoły. Ponieważ w domu nie brakowało polskich książek, zacząłem czytać Mickiewicza i Sienkiewicza. Czyniłem to bez przymusu, z dużą przyjemnością, a może nawet trochę z przekory wobec nachalnych rusyfikatorów.
W czasie okupacji hitlerowskiej były dla mnie stresujące ciągłe zmiany budynków szkolnych, ale dzięki temu poznałem prawie całą sieć stryjskich placówek oświatowych. Ze znajdującej się w centrum miasta szkoły im. Mickiewicza zostałem przeniesiony do dość podłej "budy" na przedmieściu Łany. Ponieważ jej pomieszczenia były często przeznaczane na kwatery wojsk kierowanych na front wschodni, to dużo czasu spędzałem na przymusowych wagarach. Pod koniec panowania hitlerowców w Stryju chodziłem do dość ładnej szkoły przy ul. Batorego.
Jedyną dozwoloną przez Niemców pomocą naukową był wydawany przez nich periodyk "Ster" z jakimiś bardzo prostymi czytankami. Mieliśmy też ciągle do czynienia z tabliczką mnożenia. Jeśli któryś z uczniów podał błędny wynik to dostawał bambusem po łapie. Wszyscy nauczyciele byli wyposażeni jakby etatowo w te narzędzia tortur i niektórzy nawet dość często robili z nich użytek przy byle okazji.
Myślę, że sowieccy i hitlerowscy okupanci tą swoją "oświatą" osiągnęli odwrotny skutek od zamierzonego, gdyż mimo woli ćwiczyli naszą młodzież w krytycznym myśleniu i zmuszali ją do poszukiwania lepszych źródeł wiedzy.

Edwin Walter

sobota, 4 kwietnia 2015

13. Traktat o przyrządzaniu szynek.


W Stryju pierwszy wielkanocny posiłek spożywa się już w Wielką Sobotę wieczorem, po odprawionej w kościele parafialnym rezureksji. Jak pamiętam, te uroczyste msze odbywały się przy dźwiękach wszystkich dzwonów, zawieszonych na wieży XVI-wiecznej świątyni. Najbardziej donośnie brzmiał największy, o imieniu Jan, nadanym mu na cześć Jana III Sobieskiego, który przez pewien czas rezydował wraz z Marysieńką na stryjskim zamku. Po rezurekcji można już było smakować nieostygłą jeszcze po ugotowaniu, cudownie pachnącą i kruchą szynkę. 
Zastanawiam się, dlaczego ta ceniona w naszym kraju wędlina jest przez współczesnych masarzy niemal zupełnie pozbawiona smaku i zapachu. Gdy miałem sześć czy siedem lat, to po raz pierwszy uległem czarowi cudownych aromatów, wydobywających się przez otwarte drzwi mięsnego sklepu. Zmierzający do szkół uczniowie zaopatrywali się tam w specjalnie dla nich przygotowane śniadania. Były to zawijane w pergamin chrupiące bułeczki z plastrami szynki. Ja już nie skorzystałem z tego udogodnienia, bo szkolną naukę rozpocząłem w jesieni 1939 roku, gdy w mieście panowali sowieccy okupanci, a sklep masarski był na głucho zamknięty. Przechodząc codziennie obok jego zasłoniętej witryny, mogłem sobie tylko powspominać lepsze czasy.
Przed wojną rywalizowało ze sobą w Stryju kilku znakomitych producentów wędlin. Wśród nich największą sławą cieszył się wyszkolony w Wiedniu mistrz Władysław Jackiewicz. Pisząc o nim opieram się na opinii pani Olgi Hładycz, która w młodości pracowała jako kasjerka w jednym z jego sklepów. Warsztat mistrza Jackiewicza wyróżniał się m.in. przyrządzaniem świątecznych, czterokilogramowych szynek w kształcie serc. Ten niezwykły efekt osiągano dzięki zastosowaniu przywiezionych z Austrii metalowych form. Ja nie miałbym aż takich wymagań co do kształtu tych wyrobów. Pełne zadowolenie zapewniłyby mi ich walory smakowe.
Na peklowaniu i wędzeniu szynek znali się zresztą nie tylko stryjscy specjaliści z branży wędliniarskiej, lecz także rolnicy z przedmieść i okolicznych wsi. Ukraińscy chłopi piekli też szynki w chlebowych piecach. Mięso oblepiano ciastem, które po upieczeniu traktowane było jak odpad, bardzo chętnie zjadany przez dzieci.
Mnie najlepiej smakowały szynki, gdy byłem dokładnie wyposzczony. Takie idealne stany osiągałem w latach wojny. Wielkanoc była wtedy dla mnie nie tylko religijnym świętem, ale też okresem sytości, bo moja nieżyjąca już matka zawsze starała się zdobyć na takie okazje przynajmniej niewielkie szynki. W tym celu pozbywała się najcenniejszych z posiadanych w domu rzeczy. W końcu wymieniła z jakimś ukraińskim chłopem szafę na kawałek mięsa. Dobrze pamiętam, jak zadowolony z dokonanej transakcji wieśniak wkładał nasz prawie przedostatni mebel (zostały nam już tylko łóżka) na swoją furmankę. Mieliśmy za to prawdziwe święta.
W dni targowe całe karawany furmanek załadowanych miejskimi meblami ciągnęły koło naszego domu w stronę Dobrowlan i innych wsi. Najbardziej rzucały się w oczy przewożone szafy z lustrami. Mieszkańcy wygłodzonego miasta mogli dzięki handlowi wymiennemu jakoś przeżyć. Ciekawostką jest to, że w okresie hitlerowskiej okupacji cały ten ruch odbywał się jawnie, chociaż domowy ubój trzody chlewnej był zakazany. Nie wiem, co by się stało, gdyby Niemcy wpadli na pomysł, aby wysłać swoje patrole do mieszkań Polaków w czasie świąt wielkanocnych. Zagadkę można wyjaśnić chyba tylko tym, że w czasie świąt nasi okupanci też byli zajęci pałaszowaniem wędlin i nie mieli czasu na zajmowanie się kontrolami.

Edwin Walter