niedziela, 25 stycznia 2015

10. Lwowskie flaki


Z różnych specjałów lwowskiej kuchni najbardziej smakował mi karp po żydowsku, przyrządzany domowym sposobem przez pewną starszą panią we Wrocławiu. Nie mam zresztą pewności, czy to, co najchętniej jadali lwowiacy i inni mieszkańcy Galicji wschodniej można nazwać kuchnią lwowską. Była to raczej kuchnia staropolska, urozmaicona przeróżnymi zapożyczeniami. Składały się na nią m.in. wystylizowane potrawy miejscowych Rusinów, a także dania kuchni wiedeńskiej. To i owo podpatrzono też na stołach zasiedziałych tam coraz liczniej Bułgarów. Osadnicy z Bułgarii zajmowali się głównie uprawą papryki, warzywa wcześniej mało u nas znanego.
Ulegając obcym wpływom kulinarnym lwowiacy nie zatracali jednak własnego wyczucia smaku i gustu i dlatego można chyba mówić o istnieniu kuchni lwowskiej. Niestety, jej znakomite walory poznałem w pełni dopiero w późniejszym wieku, bo jako dziecko karmiony byłem przeważnie mlekiem i kaszkami, których zresztą nie lubiłem. Często mnie pouczano, że jeszcze muszę zjeść dużo kaszy, żeby stać się dorosłym. Zastanawiałem się w związku z tym, dlaczego dorośli też jadali kasze, chociaż nikt ich do tego nie przymuszał. Nie gardzono gryką, kukurydzianką i jęczmienną perłówką. Z kaszy jaglanej przyrządzano słodkie potrawy, a nawet desery.
Gdy przestała mnie obowiązywać dziecięca dieta, to właśnie wybuchła wojna i nawet kasz zabrakło. W pierwszych powojennych latach w wielu domach też trudno było prowadzić kuchnie według upodobań. Z mięs jadano przeważnie dorsze, wówczas bardzo tanie. Wcale się nie dziwię, że ta smaczna ryba, zarezerwowana przed wiekami we Francji wyłącznie dla królewskiego stołu, w końcu się Polakom przejadła. Jakiś humorysta wymyślił więc niby reklamowe hasło: "Jedzcie dorsze, g... gorsze!". Inny satyryk wyznał, że z dań rybnych najbardziej lubi kotlet schabowy. Zgadzałem się z tymi prześmiewcami jak najbardziej.
Tylko niektórym ludziom wiodło się na tyle dobrze, iż mogli dogadzać swoim żołądkom na wszelkie sposoby. Na stosunkowo wysokim poziomie prowadzono na przykład kuchnię w domu moich krewnych z Wrocławia. Przy tej pochodzącej ze Lwowa rodzinie mieszkałem przez pewien czas jako student, korzystając również z przyrządzanych w jej domu posiłków. Później zapraszano mnie tam na niedzielne obiadki. Pierwsze danie stanowił dość często rosół. Był on zawsze tak smaczny, że nie wymagał dodatkowych przypraw. Tę jakość uzyskiwano dzięki wzbogacaniu mięsnego wywaru nie tylko smakiem typowej włoszczyzny, ale i grzybkiem, kilkoma fasolkami i kawałkiem kalafiora. Nie przejawiam kucharskich zapędów, ale właśnie te rosołki sprawiły, że zacząłem się co nieco interesować wszelkimi kulinariami, a lwowską kuchnią w szczególności. Na drugie dania podawano takie delikatesy, jak nerkówka cielęca z nadzieniem i nóżki cielęce, smażone w cieście. Na tym tle zupełnie prozaicznym daniem były np. zrazy zawijane z kaszą gryczaną.
Specyfikę kuchni lwowskiej najłatwiej można odróżnić od każdej innej degustując popularną w całej Polsce potrawę z flaków wołowych. Podawane w restauracjach flaki po warszawsku są szare, pełne zasmażki i wymagają wsypania do nich ostrej papryki, przez co tracą swój charakterystyczny smak. Flaki po lwowsku gotuje się w dużej ilości warzyw i to sprawia, że stają się rozkoszą dla podniebienia.
W czasie moich studiów we Wrocławiu, były to wczesne lata pięćdziesiąte, z ciekawości i łakomstwa wstępowałem na obiady do Fonsia. Ten lwowski mistrz rondla i patelni prowadził przy ulicy Szewskiej małą, dość ekskluzywną restaurację, odwiedzaną regularnie między innymi przez ceniących dobre jadło profesorów Uniwersytetu i członków palestry. Był to lokal bez szyldu, a więc jakby zakonspirowany. Mimo to z powodzeniem konkurował z dotowanymi przez państwo dużymi zakładami gastronomicznymi, takimi jak "Monopol". Do restauracji Fonsia pasowałaby z pewnością nazwa "Lwowianka", ale z wiadomych względów takie nazewnictwo było na indeksie. Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że u Fonsia jada się jak we Lwowie, a więc po prostu dobrze.
Politycznym ustępstwem ówczesnych władz było wprowadzenie do jadłospisów barów mlecznych dwóch typowo lwowskich potraw: barszczu i pierogów z ziemniaczanym farszem. Zawsze zaznaczano jednak, że to barszcz ukraiński a pierogom nadano nazwę ruskich. Stało się to przyczyną dowcipów. Podśmiewano się z przypisywanej jakiejś kuchace odzywki, że "ruskie wyszli". Nikt nie przypuszczał, że były to prorocze słowa.
Nawiasem mówiąc, podawane w barach mlecznych pierogi były najczęściej twardymi gniotami, zaprawionymi przypaloną cebulą. Naprawdę dobre pierogi z ziemniakami potrafią przyrządzić panie, znające tajniki lwowskiej kuchni. Dodam, że może to być całkiem interesujące jadło, jeśli zostanie okraszone skwarkami z grubo pokrojonego boczku i polane dobrze zakwaszoną śmietaną.
W wydanej przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne "Kuchni polskiej" znajdują się m.in. przepisy przyrządzania prawie wszystkich znanych mi potraw kuchni lwowskiej. Widać, że stanowi ona jeden ze składników naszych ogólnopolskich tradycji kulinarnych. Przepisy to jednak nie wszystko. Tak mówi Krystyna, moja żona, która urodziła się w Stryju i wie, jak się naprawdę gotuje po stryjsku czy lwowsku. To nic, że wyjechała z Galicji w wieku trzech lat i wychowała się na Śląsku. Gotowania nauczyła się od rodziców. Korzystam na tym, bo na naszym stole pojawiają się wciąż różne galicyjskie przysmaki. Przy takich okazjach zastanawiamy się czasem nad dziwnymi kolejami losu, który w naszym przypadku sprawił, że poznaliśmy się w Szczecinie, nie wiedząc początkowo o tym, że oboje pochodzimy ze Stryja.

Edwin Walter

wtorek, 6 stycznia 2015

9. Jordan



Co roku, w dniu Trzech Króli według kalendarza juliańskiego, stryjscy grekokatolicy organizowali obrzędy upamiętniające chrzest Chrystusa, dokonany rzekomo w palestyńskiej rzece Jordan. Podobne obrzędy, którym nadano nazwę Jordan, odbywały się też w wielu innych galicyjskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez Ukraińców, zwanych Rusinami. Rzecz polegała na zanurzaniu krzyża w wodach strumienia albo rzeki. W Stryju, położonym nad piękną, górską rzeką Stryj, to święto przybierało szczególnie uroczysty charakter. W czasie styczniowych mrozów skuta lodem rzeka z pewnością nie przypominała ciepłego Jordanu, ale uczestnikom obrzędu nie psuło to nastroju.
Nad brzegiem Stryja budowano ołtarz z lodu, przy którym odprawiana była msza ekumeniczna. Do tradycji należało bowiem zapraszanie na Jordan wyznawców Kościoła rzymskokatolickiego. Były to zresztą bardzo ceremonialne spotkania, zaczynające się w centrum miasta. Po zakończeniu południowej mszy grekokatolicy wychodzili przed cerkiew z chorągwiami. W tym samym czasie podobny orszak ustawiał się przed kościołem parafialnym. W pewnym momencie rzymscy katolicy podchodzili do ludzi zgromadzonych przy cerkwi, witano się symbolicznie poprzez skrzyżowanie drzewców chorągwi, aby zaraz ruszyć we wspólnej procesji w stronę rzeki.
Uczestnicy pochodu szli wśród przykrytych śniegiem łęgów po przetartej przez pług drodze. Poboczami podbiegały na czoło procesji gromady dzieci, z trudem pokonując śnieżne zaspy. Rozlegały się przy tym wesołe okrzyki i nawoływania, co psuło może powagę chwili, ale nikogo to nie zrażało, bo cały obrzęd nie był pozbawiony elementów zabawy. Przypominał raczej jakiś zimowy festyn. Oprócz krótkiej mszy zawsze głównym punktem programu była kąpiel kilku dzielnych mężczyzn w lodowatej wodzie.
W czasie kolejnych Jordanów poprzedzających wybuch wojny ten popisowy pokaz demonstrował pewien leśniczy z dwoma swoimi synami. Cała ta trójka zanurzała się w wolnym od lodu nurcie rzeki. Był to dość niebezpieczny wyczyn, bo oprócz zimna zagrażał też pływakom szybki prąd wody, ale wychodzili oni z tych opresji cało i zdrowo. Natychmiast po kąpieli podbiegali do stojących na brzegu sań i okrywali się ciepłymi futrami.
Obchody Jordanu były w Stryju popularnymi imprezami, które mieściły się w starych tradycjach zakorzenionej w tym mieście religijnej tolerancji. Było to o tyle ciekawe, że prawo magdeburskie, na którym Stryj się opierał, wykluczało inne wyznanie oprócz rzymskokatolickiego. To prawo było ściśle przestrzegane w miastach Zachodu, ale nie w Stryju. Już król Jan Kazimierz swoim dekretem z maja 1650 roku poddał pięć stryjskich cerkwi pod wyłączny zarząd działających przy nich bractw religijnych. Podobnie sprzyjał wyznawcom kościoła prawosławnego i grekokatolikom były starosta stryjski, a późniejszy król Jan III Sobieski. Uwolnił on cerkwie od podatków na zamek, uzasadniając swoją decyzję chęcią wyrażoną słowami: "by kult Boży w cerkwiach mnożył się w całym państwie".
Polityka Sobieskiego wobec ludności rusińskiej miała zresztą szerszy wymiar. Król ten udostępnił grekokatolikom możliwość obejmowania różnych urzędów i sprawowania honorowych funkcji społecznych. Antoni Prochaska w opracowanej przez siebie "Historii miasta Stryja" napisał m.in.: " Zasady równouprawnienia narodowościowego i wyznaniowego pod wpływem prawa polskiego przeniknęły wreszcie nawet i skrzepłe, nieużyte a szorstkością i brakiem miłości bliźniego nacechowane prawo niemieckie". Budowane na takich fundamentach stosunki między Polakami i Rusinami układały się całkiem dobrze, o czym świadczyły m.in. wspomniane przeze mnie wspólne obchody święta Jordan. Zdarzały się wprawdzie w pewnych okresach konflikty, wywoływane przez nacjonalistycznie usposobione elementy, ale - jak można sądzić - były to głównie efekty politycznej oraz ideologicznej ingerencji obcych państw.

Edwin Walter

poniedziałek, 22 grudnia 2014

8. Przy jednym stole

Zawsze bardzo nastrojowe święta Bożego Narodzenia na całym galicyjskim Podgórzu miały zwykle piękną, śnieżną oprawę. Był to efekt występującego tam klimatu, który charakteryzuje się dużą wilgotnością i niskimi temperaturami w okresach zimowych. Widziałem w Stryju, z jak wielkim trudem odkopywano zasypane śniegiem chodniki. W takich warunkach nikt nawet nie probował odśnieżać jezdni. Na ulicach pojawiały się więc sanie. Ciągnące je konie miały przytroczone do uprzęży dzwoneczki, których delikatne dźwięki stanowiły jakby muzyczne tło do zimowych scen.
Tak jak wszędzie, na tworzenie świątecznego nastroju składał się też widok wnoszonych do mieszkań jodełek lub świerków. Dbano o to, żeby te drzewka były szczególnie dorodne. W domu mojego dziadka bożonarodzeniowe choinki sięgały aż po wysoko sklepiony sufit. Przywożono je z karpackich lasów, z okolic Worochty, znanej zresztą miejscowości wypoczynkowej.
Pod pięknie ozdobionym drzewkiem, a raczej drzewem, układano prezenty dla wszystkich członków rodziny, składającej się z dziadka, babci oraz ich trzech synów i pięciu córek, również z zięciów i synowych, a także z najmłodszego przychówku, do którego ja należałem. Młode małżeństwa miały osobne mieszkania, ale podczas wigilijnej wieczerzy wszyscy ci ludzie spotykali się w swoim pierwszym mateczniku, zarządzanym starannie przez dbającą o utrzymanie tradycji babcię Karolinę. Zachowywano się przy tym bardzo uroczyście. Mężczyźni rozluźniali krawaty dopiero, gdy rozpoczynało się śpiewanie kolęd.
Zdążyłem przyjść na świat dość wcześnie, aby przeżyć i zapamiętać tak właśnie obchodzone święta. Straciły one wiele swojego uroku w latach sowieckiej, a potem niemieckiej okupacji, gdy ludziom zajrzała w oczy bieda. Oczywiście nigdy nie brakło nam śniegu i choinek. Dzięki szczególnym staraniom zdobywano też jakieś produkty żywnościowe na świąteczne kolacje i śniadania. Wszelkie braki nadrabiano optymizmem.
W czasie bardzo ponurej okupacji sowieckiej śpiewane przez nas kolędy przypominały jakieś mruczanda, ale gdy przyszli Niemcy, to przynajmniej w czasie Bożego Narodzenia można było pośpiewać głośno. Ci kolejni okupanci traktowali wyjątkowo pobłażliwie wieczorne, a nawet nocne wędrówki dość licznych grup kolędników. Właśnie w tym czasie nasz dobry znajomy, absolwent sławnego gimnazjum jezuickiego w Chyrowie, na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem postanowił przygotować nam jasełka na podobieństwo widowisk, jakie urządzano ongiś co roku w jego uczelni. Dość zręcznie wykonał z kartonu i drewna głowy: tura z kłapiącą szczęką, osła z długimi uszami i makietę jakiegoś innego jeszcze zwierzęcia. Do tej menażerii dodał maski: śmierci, diabła, króla Heroda i pięknie podświetlaną od środka gwiazdę. W czasie świąt ruszyliśmy z tymi rekwizytami i kolędą pod okna mieszkań naszej szeroko rozgałęzionej rodziny i zaprzyjaźnionych z nami sąsiadów. Nie muszę dodawać, że nasza artystyczna grupa wyróżniała się korzystnie wśród chodzących od domu do domu kolędników i wszędzie przyjmowana była z dużym aplauzem.
W stryjskim środowisku, składającym się m.in. z Polaków i Ukraińców, okres Bożego Narodzenia trwał praktycznie o dwa tygodnie dłużej niż w innych miastach i rejonach, zasiedlonych wyłącznie przez ludność naszej narodowości. Gdy my obchodziliśmy święto Trzech Króli, to Ukraińcy, jako wyznawcy Kościoła wschodniego, szykowali się dopiero do wieczerzy wigilijnej. Ta różnica w kalendarzach dzieliła jednak tylko pozornie te dwie grupy społeczeństwa. Często się bowiem zdarzało, iż Ukraińcy byli zapraszani na świąteczne poczęstunki do polskich domów. Później, gdy oni mieli swoje święto, to Polacy składali im rewizyty.
Przy takich okazjach przekonywano się, że świąteczne zwyczaje i tradycje ludzi tych dwóch narodowości niewiele się różnią. W jednym i drugim przypadku obowiązywał nawet taki sam jadłospis. Jak mi wiadomo, na ukraińską wieczerzę wigilijną podawano podobnie jak w polskich domach dwanaście dań, jeśli było to możliwe. W tym zestawie nie mogło zabraknąć ulubionego przez wszystkich barszczu z uszkami, smażonych karpi, pierogów z kapustą i grzybami oraz kutii, przyrządzanej z ugotowanych ziaren specjalnie oczyszczonej pszenicy, maku, miodu i różnych bakalii. W zasadzie nie wiadomo, kto od kogo przejął te kulinarno-świąteczne zwyczaje. Utrzymywany też był zwłaszcza na wsi wspólny zwyczaj podkładania pod obrusy garstek siana, rozsypywania na podłogach słomy oraz ustawiania po kątach izb snopków różnych zbóż, które miały być dobrą wróżbą na następny rok, a cała izba z rozrzuconą po niej słomą miała przypominać biesiadnikom betlejemską stajenkę.
Kalendarzowe podziały traciły na znaczeniu wobec wspólnego spoiwa, jakim okazywały się te jednakowe tradycje i zdarzające się spotkania przy świątecznych stołach. Takie kontakty były szczególnie cenne w czasach wojny, gdy sowieccy i hiterowscy najeźdźcy dążyli do skłócenia naszych dwóch, od wieków zżytych  z sobą narodów.

Edwin Walter



sobota, 13 grudnia 2014

7. Tata Graulich


Jeden z czytelników moich galicyjskich wspomnień napisał w przysłanym mi liście: "Polubiłem Stryj, bo panowała tam wesoła, lwowska atmosfera. Sprzyjało temu korzystne i szybkie połączenie kolejowe. Z Borysławia przez Stryj do Lwowa kursowała motorowa LUX-TORPEDA. Mieszkałem we Lwowie, ale bywałem często w wymienianych przez pana stryjskich kawiarniach oraz innych lokalach gastronomicznych. Jestem z rocznika 1908".
Myślę, że podobnie jak autor zacytowanego listu postępowało wiele lwowskiej złotej młodzieży, przenosząc na dancingowe parkiety stryjskich restauracji wielkomiejski szyk. Wśród bywalców tych lokali spotykano też oficerów, pełniących służbę w miejscowym garnizonie WP. Jak wiadomo, odznaczali się oni wysoką kulturą, a także wspaniałą fantazją, ożywiającą każde towarzystwo. W restauracjach z dancingami bywali oczywiście ludzie zamożni, ale inni amatorzy tańca też mieli się gdzie zabawić. Stały przed nimi otworem sale balowe "Sokoła", "Domu Niemieckiego", ukraińskiego "Narodnego Domu" oraz bardzo popularnej szkoły tańca, prowadzonej przez pewnego Żyda o nazwisku Graulich.
W odróżnieniu od narodowo zaprogramowanych domów kultury przyczyniających się przez to do dzielenia stryjskiego społeczeństwa, szkoła Graulicha stała się integrującym polską, ukraińską, żydowską i niemiecką, czy też austriacką młodzież. Było to tym bardziej widoczne, iż fokstroty, tanga i walce wszyscy z upodobaniem tańczyli bez względu na narodowość i pozycję społeczną.
Korzystając z podpowiedzi jednej z byłych mieszkanek Stryja, postaram się opisać ten dość ciekawy - moim zdaniem - przybytek kultury, mieszczący się przy ul. Słowackiego, w auli żydowskiej bursy. Była to ładna sala z ogromnym oknem od strony ulicy. Przy ustawionym w tym pomieszczeniu fortepianie zasiadała wysoka i dość tęga kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat. Była to córka Graulicha, drobnego, pełnego temperamentu nauczyciela tańca. W zależności od życzeń klientów lekcje prowadzono solo lub grupowo. Zdarzało się, że pianistka wychodziła na parkiet, aby poprowadzić w tańcu jakąś pozbawioną partnera uczennicę. Wówczas przy fortepianie siadał jej ojciec.
Oprócz tańca Graulich uczył kursantów również dobrych manier, posługując się przy tym piękną, czystą polszczyzną. Nawet z córką porozumiewał się tylko po polsku. Nie było w tym zresztą nic nadzwyczajnego, gdyż od pewnego czasu wielu Żydów przejawiało asymilacyjne tendencje. Ten fakt nabrał szczególnego wyrazu po przeprowadzeniu powszechnego spisu ludności, kiedy to Żydzi, uchodzący poprzednio za Niemców, opowiedzieli się za przynależnością do narodu polskiego. To sprawiło, że w całej Galicji liczba statystyczna Niemców spadła z 5,4 proc. w 1880 r. do 1,1 proc. w 1910 r. Do spolonizowanych Żydów należał prawdopodobnie Graulich.
Ten starszy, kulturalny pan łatwo podbijał serca odwiedzającej jego szkołę klienteli. Może dlatego za przykładem jego córki nazywano go "tatą". Lekcje prowadzone były od poniedziałku do piątku. Na zakończenie każdego, trwającego przez miesiąc kursu odbywały się zabawy przy dźwiękach sprowadzanej na takie okazje orkiestry jazzowej. Organizowano konkursy tańca. Zwycięskie pary i królową balu nagradzano miłymi i praktycznymi pamiątkami w rodzaju etui z przyborami do pielęgnacji paznokci. Były też bombonierki i kwiaty.
Bale, a raczej potańcówki, odbywały się również bez specjalnej okazji we wszystkie soboty i niedziele. Po opłaceniu niezbyt drogiego biletu wstępu można było całkiem nieźle się zabawić pod kierunkiem wodzireja Graulicha, który - jak z tego wynikało - nie święcił szabasów. Rzadko spotykaną specyfiką tych zabaw był brak bufetu, ale może dzięki temu nigdy nie doszło do choćby najmniejszej kłótni wśród gości.
Można powiedzieć, że prowadząc taką działalność Graulich wpływał wychowawczo na dość szeroki krąg swojej stałej klienteli, składającej się przeważnie z pragnącej się tanio zabawić młodzieży. Blasku potańcówkom dodawali ładnie umundurowani podoficerowie, którzy mawiali dla żartu, że chodzą do taty Graulicha na razówki, ale te żarty kończyły się często dla kawalerów zakochaniem i zawarciem małżeństwa z wybranymi przez nich wychowankami szkoły tańca, bez względu na to, czy były to Polki czy Ukrainki. Do wybuchu wojny nikogo zresztą nie raziły mieszane małżeństwa.

Edwin Walter




piątek, 5 grudnia 2014

6. Faworyci królowej Marysieńki

Pierwszym poznanym przeze mnie Żydem był odwiedzający moją rodzinę lekarz domowy. Niestety, nie pamiętam jego nazwiska. Myślę, że trafił się nam medyk z powołania, bo zachowując zawodowy autorytet, zdobywał sobie swoim ujmującym sposobem bycia naszą sympatię i zaufanie.
Żydem był też właściciel sklepiku spożywczego, w którym moja matka czyniła regularne zakupy. Ja też zaglądałem do tego "sezamu", gdzie na skraju lady stały słoje z kolorowymi cukierkami i blachy z lukrowanymi ciastkami. Aby poskromić moją chęć do składania tam zbyt częstych wizyt opowiedziano mi anegdotkę o pewnej najbogatszej w mieście Żydówce, która przechodząc ze swoją małą wnuczką koło cukierni odmówiła dziecku kupienia ciastka.
- Widzisz tę kamienicę? - zapytała. - Ona jest jak ciastko, ale zrozum, że nawet tak duże ciastko mogłyby zjeść twoje małe usteczka, gdybyś była zbyt łakoma.
W ten sposób otrzymałem pierwszą w moim życiu lekcję ekonomii. Była ona o tyle przekonująca, że wiele kamienic w moim rodzinnym mieście stanowiło własność Żydów, czym się zresztą szczycili i w utarczkach z antysemitami mawiali: "Wasze ulice, nasze kamienice".
Do wyjątków pod tym względem należała wybudowana przez mojego dziadka kamienica, ale nawet ta inwestycja nie była wyłącznie polskim osiągnięciem. Jak mi wiadomo, do jej zrealizowania przyczyniła się pożyczka, udzielona dziadkowi na dobrych warunkach przez pewnego finansistę wyznania Mojżeszowego. Mój dziadek nigdy zresztą nie mówił źle o Żydach i chętnie wchodził z nimi w różne układy. Nie zerwał nawet kontraktu z pokojowym malarzem, niejakim Lilientalem, któremu podczas renowacji mieszkań wciąż "myliły się" kolory.
Mój antenat, występujący w roli kamienicznika, bardzo dobrze traktował też innego Żyda, wynajmującego najskromniejsze mieszkanie na poddaszu. Ten biedak, obarczony chorowitą żoną i trójką dzieci, rzadko był widywany przez sąsiadów, bo do pracy wychodził o świcie i wracał do domu późno. Zdarzało się też, że znikał na kilka dni. Podobno zatrudniano go gdzieś jako wozaka. Każdą sobotę spędzał jednak w kręgu rodzinnym. Na oknach jego mieszkania pojawiały się w takim dniu szczelne zasłony. Ktoś mi wyjaśnił, że miało to związek z obchodzonymi przez Żydów świętami szabasowymi. Odniosłem wrażenie, że wszystkich lokatorów to święto jakoś dotyczyło, bo starali się zachowywać w soboty ciszej niż zwykle. Zgodnie z przyjętym zwyczajem nie trzepano w tym dniu chodników i dywanów.
Gdy moi rodzice zdecydowali się na zamieszkanie w tym domu, poznałem bliżej lokatorów z poddasza, a zwłaszcza najmłodszych członków tej rodziny: Jośka i Elka. Ci chłopcy trzymali się zawsze razem, nie biorąc udziału w zabawach dzieciarni z podwórka, ale czasem udało mi się nakłonić do wymiany kilku słów młodszego z nich Elka. Pewnego razu powiedział on z dumą, że jego brat czyta już księgi. Dziś wiem, że najstarszych synów w żydowskich rodzinach obdarza się podczas szabasów zaszczytem odczytywania wybranych wersetów świętych ksiąg. Nie dziwię się, że dziesięcioletni Jośku spoglądał na bawiących się na podwórzu chłopaków z poczuciem pewnej wyższości.
Jeśli dziś posądza się Polaków o wrodzony antysemityzm, to jest w tym chyba wiele podyktowanej nie wiadomo czym przesady. W historii obu naszych narodów nie brakowało wprawdzie wzajemnych tarć, ale były to zwykłe konflikty albo tylko animozje rodzące się na tle ekonomicznym. Do takiego wniosku skłania mnie lektura wydanej w 1926 roku "Historii miasta Stryja" Antoniego Prochaski.
Obecność Żydów w tym mieście została odnotowana w różnych dokumentach już w czasach jagiellońskich. Później korzystali oni z licznych przywilejów, nadanych im m.in. przez krolów: Stefana Batorego, Władysława IV, Zygmunta III, Jana II Kazimierza oraz Jana III Sobieskiego np. od Władysława IV stryjscy Żydzi uzyskali prawo zakupywania parcel i domów. Najbardziej sprzyjał Żydom Jan III Sobieski, który już jako chorąży koronny i starosta stryjski dopuścił ich przedstawicieli do udziału w obradach miejskich, a jako król zarządził, żeby targi w Stryju odbywały się nie tylko w soboty, w którym to dniu Żydzi spędzali czas na modłach i kultywowaniu obrzędów szabasowych, ale i we wtorki. Nie zadowoliło to jednak Izraelitów. Ci sprytni ludzie, używając zabiegów dyplomatycznych, uzyskali po dwóch latach zgodę króla na dodatkowy dzień targowy. Ponieważ mieszczanie polscy nie zgadzali się na przesunięcie targów z soboty na piątek, to przesunięto je na i tak już targowy wtorek, a te z wtorku zostały zastąpione piątkowymi i w ten pokrętny sposób Żydzi wyszli na swoje. Szczególnie sprzyjała Żydom królowa Marysieńka, pomagając im w uzyskaniu prawa warzenia miodu i piwa oraz wytwarzania likworów wraz z możliwością wyszynku.
Korzystne warunki prawne oraz położenie Stryja na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych uczyniły z tego miasta silny magnes dla Żydów, ściągających tam z różnych stron. Ta migracja trwała do czasów najnowszych. Jak podaje dr Witold Lewicki w swojej książce pt. "Zagadnienie gospodarcze Galicji" (Lwów, 1914), ludność żydowska w Stryju wzrosła w latach od 1880 do 1910 o przeszło 5470 osób. Oznacza to, że jej stan wyniósł ponad 11 tys. osób i przekroczył jedną trzecią ogólnej liczby mieszkańców. Przyjmuje się, że takie proporcje ludnościowe występowały w Stryju do wojny 1939 roku.
Wielu Żydów można było spotkać w każdy wtorek i piątek na targowicy. Jedni z nich kupowali przywożone przez chłopów towary, inni zaś sprzedawali różne rzeczy na straganach i w sklepach znajdujących się na obrzeżach tego wielkiego placu. Lubiłem chodzić tam z matką na zakupy. Z zaciekawieniem przyglądałem się kupcom poubieranym w czarne chałaty. Zawierając najdrobniejsze nawet transakcje dawali oni wyraz swojemu wielkiemu podnieceniu. Chyba nikt nie potrafi handlować z takim przejęciem jak Żydzi.
W inne dni tygodnia na targowicy nie było żadnego ruchu. Tylko w okresach letnich, podczas upałów, przechodziły przez to pokryte ziemnym pyłem i woniejące końskim moczem miejsce gromadki plażowo ubranych mieszkańców, kierujących się w stronę pobliskiej rzeki. Żegnały ich smutne spojrzenia żydowskich kupców, którzy wystawali na progach swoich sklepików.

Edwin Walter



piątek, 28 listopada 2014

5. Messerschmitty nad Rajłowem


Trudno dociec, dlaczego niemieckie lotnictwo zaatakowało we wrześniu 1939 roku niewielki Rajłów, położony nad płynącą z Karpat rzeczką Kłodnicą. Nie jest to nawet wieś. Znajdował się tam folwark z kilkoma chałupami, rzadko rozrzuconymi przy drodze, stanowiącej odnogę gościńca Stryj-Drohobycz. Przy tej drodze, wiodącej do niemieckiej kolonii o nazwie Brygidan, była też wytwórnia drewnianych taczek. Poza tym na Rajłów składały się jeszcze trzy zupełnie wyizolowane gospodarstwa rolne. W jednym z nich, należącym do mojego dziadka, nasza dość liczna rodzina schroniła się na czas bombardowań Stryja, w którym mieszkaliśmy.
Nie były to zresztą wielkie bombardowania. Duże wrażenie na ludności wywarło to, że po niemieckim nalocie zawalił się pewien dom i zginęła kobieta, której zwłoki pozostawały przez kilka godzin na widoku. Zaniepokojony możliwością nasilenia bombardowań senior naszej rodziny sprowadził wóz konny i zawiózł nim toboły z pościelą oraz część swojej progenitury do Rajłowa. Kilka osób, dla których zabrakło miejsca w wozie, pojechało rowerami do tego bezpiecznego - jak się nam wydawało - azylu.
Byłem jednym z pasażerów kolebiącego się wozu. Z wysokiej sterty kołder, pierzyn i poduszek przyglądałem się gromadom zmęczonych marszami żołnierzy i cywilom, którzy podobnie jak my gdzieś wędrowali. Na jednym z krótkich postojów ktoś nam powiedział, że ukraińscy dywersanci przecinają przewody wojskowych linii telefonicznych. Jeśli mnie pamięć nie myli, te przewody były poprowadzone nisko nad ziemią, tuż przy skraju drogi, wręcz w zasięgu ręki każdego przechodnia. Wcale się więc nie dziwię, że dywersanci korzystali ze stworzonej im okazji do szkodzenia naszemu wojsku.
Mój dziadek też wykazał się nadmierną ufnością wobec Ukraińców. Pod koniec drugiego dnia naszego pobytu w Rajłowie ujrzeliśmy tuż przed zachodem słońca bandę ludzi uzbrojonych w jakieś połyskujące narzędzia. Mogły to być bagnety. Ci ludzie wyszli na skraj lasu znajdującego się po drugiej stronie Kłodnicy i zmierzali prosto w kierunku naszego domu. Ogarnął nas niepokój, ale oni nagle przystanęli, bo zauważyli jadące drogą od zachodu dwie furmanki. Na tych nędznych pojazdach, ciągnionych powoli przez wychudzone konie, jechali polscy żołnierze, uzbrojeni w karabiny. Pojawienie się tego wojska uratowało nas chyba przed rzezią.
Wygłodniali wędrowcy otrzymali w gospodarstwie dziadka strawę i miejsce do spania. Dzięki ich obecności noc minęła nam spokojnie, ale rankiem nasi opiekunowie musieli ruszyć w dalszą drogę, a my znów zostaliśmy na łasce Ukraińców, których zamiarów mogliśmy się domyślać. W tej sytuacji dziadek udał się do oddalonego o kilka kilometrów Brygidanu, gdzie poprosił niemieckich kolonistów o użyczenie nam przytułku. Jego prośba została spełniona. Otrzymaliśmy cały dom do dyspozycji. Można więc było przystąpić do ewakuacji. Załadowaliśmy na ręczny wózek i taczki pościel oraz trochę prowiantu. Ruszyliśmy polami na skróty do zbawczego osiedla. Nagle nad naszymi głowami pojawiły się dwa myśliwskie samoloty. Nie wątpię, że były to Messerschmitty. Ich piloci otworzyli ogień. Wiezione przez nas białe toboły były z daleka widoczne. Ci napastnicy nie pomylili więc nas z jakimś oddziałem wojska. Wystrzelone w naszym kierunku serie pocisków nie wyrządziły jednak nikomu najmniejszej szkody mimo kilkakrotnych nawrotów atakujących maszyn.
Nie wykluczam, że była to okrutna zabawa, urządzona ku uciesze mieszkańców niemieckiej kolonii. Jest też prawdopodobne, że któryś z nich mógł wcześniej, przy pomocy radiowego nadajnika, puścić w eter informację o tym co dzieje się w rejonie Brygidanu. Wiadomo, że hitlerowscy najeźdźcy mieli w Polsce dobrze wyposażonych agentów. Byłoby więc dziwne, gdyby w typowej, dobrze zorganizowanej niemieckiej kolonii nie działał jakiś "radiowiec". ale mogę stwierdzić, że nie wszyscy byli tam do nas wrogo nastawieni. W przydzielonym nam domu czuliśmy się bezpiecznie, chociaż traktowano nas jak zadżumionych. Nie pamiętam, żeby ktoś nas odwiedził.
Tak minęło kilka dni, aż w pewnym momencie dziadek został poinformowany, że musimy się wynosić z powrotem do Rajłowa. Nie było wyboru. Ledwo dotarliśmy do swojego domu, gdy na widocznej z jego okien drodze pojawiły się dwa sznureczki jakichś manekinów. Ktoś powiedział, że idą Niemcy. Wybiegłem samotnie na skraj sadu, aby lepiej się przyjrzeć tym dziwnym przybyszom. Byli uformowani w niewielkie kolumny. Szli nad rowami po obu stronach drogi. Stawiali kroki rytmicznie i mocno. Byli uzbrojeni w karabiny i pistolety maszynowe. Do pasów mieli przywieszone granaty. Odczułem lęk, ale oni jakby mnie nie zauważyli. Szli w stronę Brygidanu, gdzie czekało ich z pewnością miłe powitanie.
Radość mieszkańców tej "wyzwolonej" kolonii nie trwała jednak długo. Gdy na terenach południowo-wschodniej Polski wojska hitlerowskie uprzejmie ustąpiły miejsca Armii Czerwonej, koloniści z Brygidanu i z innych niemieckich osad zaczęli się przygotowywać do podróży. Ich zbiorowy exodus do Reichu przypadł na okres zimowy. Jechali konnymi zaprzęgami, przypominającymi tabory cygańskie. Wozy mieli zadaszone odpowiednio wygiętymi płatami sklejki, spod których wystawały rury piecyków. Nie były to znane dziś "kempery", ale wiadomo, że wielu pozostających wówczas na miejscu Polaków spotkał gorszy los.

Edwin Walter

piątek, 21 listopada 2014

4. Moja Atlantyda.



Myśląc o przyszłej Europie bez granic warto sobie przypomnieć, że w utraconej w czasie II wojny światowej części kraju, zwanej Galicją Wschodnią, miejscowa ludność składała się z bardzo bogatej mieszanki przedstawicieli różnych narodowości, którzy bez względu na swoje pochodzenie potrafili z sobą zgodnie współżyć. W Stryju oprócz Polaków, Ukraińców i Żydów było też wielu Austriaków i Niemców. Spotykało się również Ormian, a i Bułgar się trafiał.
Przez kilka najwcześniejszych lat mojego życia wyrastałem w dwurodzinnym domku przy ulicy Lindnera. Jedno z mieszkań wynajmowała rodzina pracownika dużych warsztatów kolejowych. On był chyba Niemcem. Wskazywało na to nie tylko jego nazwisko, ale też i zachowywanie się w różnych sytuacjach. Na przykład raz w tygodniu, zawsze w soboty, zgodnie z zasadami swoiście pojmowanej pedagogiki, wymierzał swoim synom, Zbyszkowi i Tadzikowi, kary cielesne za wszystkie przewiny, jakie popełnili w ciągu sześciu poprzednich dni. Polskie imiona zawdzięczali oni matce, ale ich wychowanie było – jak sądzę – przynajmniej  częściowo niemieckie. Nie wiem, jaki los spotkał Tadzika. Imię i nazwisko starszego z tych braci nosi znany w Polsce nauczyciel akademicki, który przez pewien czas sprawował bardzo wysoką funkcję państwową.
Na sąsiedniej posesji miał swój domek pan Schneider, też warsztatowiec kolejowy. Jestem prawie pewny, że był to Niemiec świadomy swojej przynależności narodowej, ale jego kilkuletnia córeczka, a może wnuczka, którą znałem jako towarzyszkę dziecinnych zabaw, szczebiotała jak najbardziej po polsku.
Tuż przed wybuchem wojny moi rodzice sprzedali domek i kupili mieszkanie w dużej kamienicy, której lokatorzy reprezentowali aż kilka narodowości. Jedno z najbardziej komfortowych mieszkań w tym domu zajmował wraz ze swoją rodziną ukraiński sędzia, pan Kizyma. Dość uboga rodzina żydowska z trzódką dzieci ulokowała się w skromnym mieszkaniu na poddaszu. Suterenę zamieszkiwała ze swoim atletycznie wyglądającym towarzyszem życia stróżka narodowości ukraińskiej. On też był Ukraińcem. Podobno pracował jako brukarz, ale nie przemęczał się zbytnio, bo zwykle przesiadywał w domu przy oknie zastawionym pelargoniami.
Na styku z dziedzińcem naszej kamienicy wybudował sobie zgrabny pawilon mieszkalno-handlowy pewien bułgarski imigrant o nazwisku Biłas. Jego pełen aromatycznych zapachów sklep z warzywami oraz innymi artykułami spożywczymi miał liczną klientelę, chociaż z tym świeżo przybyłym do Stryja obcokrajowcem trudno było się dogadać.
Wśród naszych nowych sąsiadów byli Klimkiewiczowie, Gromadkowie, Dulscy, Mazurkiewiczowie i Rutkowscy, ale nie brakowało też ludzi o niemiecko brzmiących nazwiskach. Dobrze pamiętam np. pana inżyniera Karola Ulmana, który z okazji imienin swojej córeczki Hani spraszał do swojego domu okoliczną dzieciarnię i zabawiał ją grą na fortepianie. Uczestnicząc w tych przyjęciach czułem, że jestem w prawdziwie polskim domu. Podobnie polska atmosfera panowała w domu lekarza weterynarii Albina Reiffa.
Dość częste kontakty utrzymywaliśmy z ukraińskim chłopem, który zachował swoje niewielkie gospodarstwo rolne wśród nowej, miejskiej zabudowy. Kupowaliśmy u niego ziemniaki, warzywa i mleko. Rozmawiało się przy takich okazjach po ukraińsku. Oprócz sędziego Kizymy naszymi sąsiadami byli też inni wykształceni Ukraińcy. Wszyscy ci ludzie w rozmowach z Polakami używali wyłącznie języka polskiego, chociaż nikt tego od nich nie wymagał.
Nawet w czasie wojny, gdy rosyjscy i niemieccy okupanci podburzali Ukraińców przeciwko Polakom, wśród mieszkańców naszego osiedla panowały raczej pokojowe stosunki. Do wyjątków zaliczam uczyniony przez wspomnianego lokatora sutereny donos na mojego dziadka, gdy ten bez zezwolenia władz sowieckich ściął w swoim sadzie starą gruszę, przeznaczając uzyskane w ten sposób drewno na opał. Groźniejsza od tego zwykłego delatora była pewna ukraińska nacjonalistka, która pełniła jakieś ważne funkcje w sowieckich organach ścigania. Wiem, że to ona właśnie zadenuncjowała mojego ojca, gdy w listopadzie 1939 roku powrócił do Stryja z wojennej tułaczki.
Ten bardzo bolesny dla mnie przypadek nie przekreśla mojej dobrej opinii o większości znanych mi Ukraińców. Mam wielki dług wdzięczności wobec kilku ukraińskich rodzin, które przez ponad rok ukrywały mnie oraz mojego brata, gdy groziła nam wywózka na Sybir.

Edwin Walter