piątek, 24 kwietnia 2015

14. Niepokonani


Austriackim zaborcom dość długo udawało się pozbawiać polską młodzież normalnego dostępu do nauki szkolnej. Tak było między innymi w Stryju. W jednym z tomów "Słownika Geograficznego" Chlebowskiego zawarta jest informacja, że w 1889 r. ten liczący wówczas 16 tys. mieszkańców gród miał tylko dwie szkoły czteroklasowe, z których jedna była męska a druga żeńska. Istniała też tzw. "etatowa" szkoła jednoklasowa na przedmieściu Łany.
To zacofanie oświatowe jeszcze bardziej się uwydatni, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż według przyjętych w CK Austrii norm na 16 tys. mieszkańców powinno było przypadać 14 szkół powszechnych. Nie wątpię, że kogo było na to stać, ten zapewniał swoim dzieciom możliwość zdobycia wykształcenia w domu, ale ze społecznego punktu widzenia nie było to żadne rozwiązanie. Problem zaniedbanej przez zaborców oświaty gmina rozwiązała z czasem samodzielnie, nie żałując na ten cel pieniędzy. Dzięki temu, jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, stryjska młodzież mogła się uczyć w dość dobrych warunkach.
Według danych z 1924 r. w Stryju było już 8 szkół powszechnych, w tym 6 dużych szkół siedmioklasowych, liczących po 300-600 uczniów. Powstały też 3 gimnazja i 2 prywatne seminaria żeńskie. Poza tym siostry nazaretanki prowadziły dwa zakłady wychowawcze (wyższy i niższy). Do tego zestawienia należy jeszcze dodać państwowe gimnazjum dla ludności ukraińskiej, publiczną szkołę przemysłową, utrzymywaną z funduszów miejskich i państwowych oraz dwie bardzo popularne prywatne szkoły handlowe.
W planach miasta było jeszcze wybudowanie trzech szkół powszechnych "wedle najnowszych wymogów techniki", ale i bez nich sieć szkół była na tyle dobrze rozwinięta, że Stryj stał się miastem ludzi wykształconych. Bliskość Lwowa z jego znakomitym uniwersytetem i sławną politechniką sprawiła, że wielu stryjskich maturzystów decydowało się na podejmowanie nauki na tych uczelniach i zdobywanie w ten sposób wyższego wykształcenia. To wszystko miało ogromne znaczenie w późniejszych, mrocznych czasach, które nadeszły wraz z wybuchem II wojny światowej.
Po walkach wrześniowych 1939 roku, które zakończyły się dla Polski klęską militarną sowieccy a później również hitlerowscy okupanci terenów wschodnich pragnęli zgnębić mieszkańców duchowo swoimi atakami na szkoły. Sowieci zajęli się rusyfikacją oraz ideologiczną indoktrynacją dzieci, których nie zdołali wywieźć na Sybir, a hitlerowcy doszli do wniosku, że polską młodzież, jako przyszłą siłę roboczą, wystarczy nauczyć czytać, pisać i liczyć do stu.
Ukraińcy byli lepiej traktowani przez obu okupantów niż Polacy, ale Niemcy nie dali tym swoim sojusznikom zbytnio podnieść głów. O zamierzeniach "oświatowych" hitlerowców w stosunku do Ukraińców przypomniała jedna z gazet, drukując na swoich łamach fragment nieopublikowanej jeszcze w Polsce książki Jochema von Langa: "Martin Borman. Człowiek, który zawładnął Hitlerem". W tekście tym przeczytałem, m.in.: "Zamiast cyrylicy Ukraińcy powinni się nauczyć pisma łacińskiego i poznać niemiecki na tyle, żeby zrozumieć rozkazy. Kto chciałby uczęszczać do szkoły, powinien płacić, ale nie wolno dopuścić do tego, żeby nauczył się więcej niż znaczenia znaków drogowych".
Jako siedmiolatek, rozpoczynający naukę szkolną w jesieni 1939 roku, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jestem obiektem szczególnego zainteresowania tak możnych ludzi, jakimi byli Stalin i Hitler.
Zostałem przyjęty do szkoły podstawowej przy ulicy Jana Kochanowskiego. Był już listopad. W izbie lekcyjnej panował dość przykry chłód, ale nie pozbawiło mnie to radości z wejścia w nowy etap życia. Z miejsca stałem się wielbicielem naszej pięknej i sympatycznej nauczycielki. Niezwykłych doznań dostarczyła mi też moja szkolna wyprawka, składająca się z rzeczy kupionych jeszcze przed wybuchem wojny. Był to błyszczący lakierem tornister, w którym nosiłem, m.in. podręcznik Falskiego oraz wykonane z dobrego papieru zeszyty, ładny piórnik i cudownie pachnące kredki. Idylla nie trwała jednak długo. W czasie jednej z lekcji dyrektorka szkoły, wysoka Ukrainka z czołem naznaczonym ciemnymi zrośniętymi brwiami, wprowadziła do klasy przybyłego ze Lwowa inspektora, który podobnie jak ona wyglądał na swój sposób dość groźnie. Przerażona tą nagłą wizytą nauczycielka usunęła się do kąta sali, a pan inspektor wygłosił pogadankę o szkodliwości palenia papierosów. To jego wystąpienie bardzo zdziwiło mnie i pozostałych małych słuchaczy, bo nikt z nas nie miał jeszcze ochoty do korzystania z takich używek.
Po wizycie inspektora wiele się zmieniło w naszej klasie. Ulubiona przeze mnie nauczycielka już się więcej nie pokazała. Zastąpił ją ktoś inny. Od tego momentu moje postępy w nauce pisania i czytania zostały nagle wyhamowane. Powstałe zaległości nadrobiłem jednak dość szybko dzięki lekcjom udzielanym mi w domu.
W drugiej klasie wbijano mi do głowy bukwy cyrylicy. Doszło do tego, że lepiej pisałem po ukraińsku niż po polsku. Pogubiłem się całkowicie, gdy wprowadzono rosyjski jako język wykładowy, który z trudem odróżniałem od ukraińskiego. Sam zrozumiałem więc, że należało się jakoś uodpornić na to ogłupiające oddziaływanie szkoły. Ponieważ w domu nie brakowało polskich książek, zacząłem czytać Mickiewicza i Sienkiewicza. Czyniłem to bez przymusu, z dużą przyjemnością, a może nawet trochę z przekory wobec nachalnych rusyfikatorów.
W czasie okupacji hitlerowskiej były dla mnie stresujące ciągłe zmiany budynków szkolnych, ale dzięki temu poznałem prawie całą sieć stryjskich placówek oświatowych. Ze znajdującej się w centrum miasta szkoły im. Mickiewicza zostałem przeniesiony do dość podłej "budy" na przedmieściu Łany. Ponieważ jej pomieszczenia były często przeznaczane na kwatery wojsk kierowanych na front wschodni, to dużo czasu spędzałem na przymusowych wagarach. Pod koniec panowania hitlerowców w Stryju chodziłem do dość ładnej szkoły przy ul. Batorego.
Jedyną dozwoloną przez Niemców pomocą naukową był wydawany przez nich periodyk "Ster" z jakimiś bardzo prostymi czytankami. Mieliśmy też ciągle do czynienia z tabliczką mnożenia. Jeśli któryś z uczniów podał błędny wynik to dostawał bambusem po łapie. Wszyscy nauczyciele byli wyposażeni jakby etatowo w te narzędzia tortur i niektórzy nawet dość często robili z nich użytek przy byle okazji.
Myślę, że sowieccy i hitlerowscy okupanci tą swoją "oświatą" osiągnęli odwrotny skutek od zamierzonego, gdyż mimo woli ćwiczyli naszą młodzież w krytycznym myśleniu i zmuszali ją do poszukiwania lepszych źródeł wiedzy.

Edwin Walter

sobota, 4 kwietnia 2015

13. Traktat o przyrządzaniu szynek.


W Stryju pierwszy wielkanocny posiłek spożywa się już w Wielką Sobotę wieczorem, po odprawionej w kościele parafialnym rezureksji. Jak pamiętam, te uroczyste msze odbywały się przy dźwiękach wszystkich dzwonów, zawieszonych na wieży XVI-wiecznej świątyni. Najbardziej donośnie brzmiał największy, o imieniu Jan, nadanym mu na cześć Jana III Sobieskiego, który przez pewien czas rezydował wraz z Marysieńką na stryjskim zamku. Po rezurekcji można już było smakować nieostygłą jeszcze po ugotowaniu, cudownie pachnącą i kruchą szynkę. 
Zastanawiam się, dlaczego ta ceniona w naszym kraju wędlina jest przez współczesnych masarzy niemal zupełnie pozbawiona smaku i zapachu. Gdy miałem sześć czy siedem lat, to po raz pierwszy uległem czarowi cudownych aromatów, wydobywających się przez otwarte drzwi mięsnego sklepu. Zmierzający do szkół uczniowie zaopatrywali się tam w specjalnie dla nich przygotowane śniadania. Były to zawijane w pergamin chrupiące bułeczki z plastrami szynki. Ja już nie skorzystałem z tego udogodnienia, bo szkolną naukę rozpocząłem w jesieni 1939 roku, gdy w mieście panowali sowieccy okupanci, a sklep masarski był na głucho zamknięty. Przechodząc codziennie obok jego zasłoniętej witryny, mogłem sobie tylko powspominać lepsze czasy.
Przed wojną rywalizowało ze sobą w Stryju kilku znakomitych producentów wędlin. Wśród nich największą sławą cieszył się wyszkolony w Wiedniu mistrz Władysław Jackiewicz. Pisząc o nim opieram się na opinii pani Olgi Hładycz, która w młodości pracowała jako kasjerka w jednym z jego sklepów. Warsztat mistrza Jackiewicza wyróżniał się m.in. przyrządzaniem świątecznych, czterokilogramowych szynek w kształcie serc. Ten niezwykły efekt osiągano dzięki zastosowaniu przywiezionych z Austrii metalowych form. Ja nie miałbym aż takich wymagań co do kształtu tych wyrobów. Pełne zadowolenie zapewniłyby mi ich walory smakowe.
Na peklowaniu i wędzeniu szynek znali się zresztą nie tylko stryjscy specjaliści z branży wędliniarskiej, lecz także rolnicy z przedmieść i okolicznych wsi. Ukraińscy chłopi piekli też szynki w chlebowych piecach. Mięso oblepiano ciastem, które po upieczeniu traktowane było jak odpad, bardzo chętnie zjadany przez dzieci.
Mnie najlepiej smakowały szynki, gdy byłem dokładnie wyposzczony. Takie idealne stany osiągałem w latach wojny. Wielkanoc była wtedy dla mnie nie tylko religijnym świętem, ale też okresem sytości, bo moja nieżyjąca już matka zawsze starała się zdobyć na takie okazje przynajmniej niewielkie szynki. W tym celu pozbywała się najcenniejszych z posiadanych w domu rzeczy. W końcu wymieniła z jakimś ukraińskim chłopem szafę na kawałek mięsa. Dobrze pamiętam, jak zadowolony z dokonanej transakcji wieśniak wkładał nasz prawie przedostatni mebel (zostały nam już tylko łóżka) na swoją furmankę. Mieliśmy za to prawdziwe święta.
W dni targowe całe karawany furmanek załadowanych miejskimi meblami ciągnęły koło naszego domu w stronę Dobrowlan i innych wsi. Najbardziej rzucały się w oczy przewożone szafy z lustrami. Mieszkańcy wygłodzonego miasta mogli dzięki handlowi wymiennemu jakoś przeżyć. Ciekawostką jest to, że w okresie hitlerowskiej okupacji cały ten ruch odbywał się jawnie, chociaż domowy ubój trzody chlewnej był zakazany. Nie wiem, co by się stało, gdyby Niemcy wpadli na pomysł, aby wysłać swoje patrole do mieszkań Polaków w czasie świąt wielkanocnych. Zagadkę można wyjaśnić chyba tylko tym, że w czasie świąt nasi okupanci też byli zajęci pałaszowaniem wędlin i nie mieli czasu na zajmowanie się kontrolami.

Edwin Walter

sobota, 28 lutego 2015

12. Noc oprawców


W cieniu katyńskiej zbrodni pozostają liczne masakry cywilnej ludności, dokonane przez NKWD w 1941 roku na terenach południowo-wschodniej Polski. Były to akty ludobójstwa, dokonane w pośpiechu, na rozkaz z Moskwy, w przepełnionych więzieniach Lwowa, Stanisławowa i wielu innych miast. W Stryju mieszkańcy kamienic zlokalizowanych przy ulicy Trybunalskiej opowiadali, że w nocy poprzedzającej wycofanie się Sowietów z miasta usłyszeli dochodzące z pobliskiego więzienia odgłosy masowej egzekucji. Trwającemu przez wiele godzin hukowi wystrzałów wtórowały krzyki i jęki mordowanych. Dopiero o świcie nastała tam cisza, świadcząca o ucieczce oprawców.
Kilku śmiałków sforsowało wówczas mur otaczający dziedziniec więzienia i otworzyło jego stalową bramę, przed którą zaczął się już gromadzić tłum zaniepokojonych ludzi.
- Wieść o odkryciu licznych zwłok szybko obiegła całe miasto - mówi jedna z czytelniczek mojego "brulionu", starsza już pani, pragnąca ocalić od zapomnienia fakt dokonanej tam zbrodni. - Mieszkałam przy ulicy Jagiellońskiej. Około godziny jedenastej usłyszałam przez otwarte okno zbiorowe krzyki wielu osób, idących od strony więzienia. Niektórzy płakali. Zrozumiałam, że stało się coś strasznego. Przywołałam zaprzyjaźnioną ze mną sąsiadkę i poszłyśmy na ulicę Trybunalską. Pod bramą więzienia było mnóstwo ludzi. Rozlegały się głośne zawodzenia zrozpaczonych kobiet. Na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu wiele osób zgromadziło się nad otworem głębokiego szamba. Kłębiły się tam liczne zwłoki. Rozpoznałam wśród nich ciało profesora męskiego gimnazjum. Wśród zabitych były też zwłoki pewnej Ukrainki, która za życia pracowała jako kucharka w stołówce. Nie wiem czym sobie zasłużyła ta prosta kobieta na tak straszną śmierć. Nie ma też żadnego wytłumaczenia dla zabicia kogokolwiek z uwięzionych przez NKWD mieszkańców Stryja. Bałam się, że Sowieci mogą jeszcze powrócić, ale mimo to podobnie jak wiele innych osób, weszłam do budynku więzienia. Na kilku jego piętrach znajdowały się pootwierane cele. Jedna z nich, o wielkości typowej łazienki, służyła chyba jako miejsce straceń. Jej podłoga była zalana krwią. Do ścian przymocowano stalowe kleszcze i łańcuchy. Doznałam szoku. Czym prędzej pobiegłam do domu. Przeraziłam się jeszcze bardziej, gdy na moim obuwiu dostrzegłam krew.
Po odejściu Sowietów ze Stryja odkryto też liczne zwłoki w studzience kanalizacyjnej w pobliżu budynku sądu i w zagajniku koło osady Marcinówka, znajdującej się tuż za miejskim parkiem Olszyna. Przytoczone fakty znam tylko ze słyszenia, bo w czasie tych wydarzeń przebywałem na wsi. Nie mogłem jednak pozbyć się uczucia grozy, gdy przechodziłem obok murów więzienia.
Wkrótce znów ujrzałem Rosjan, ale już nie budzili oni we mnie strachu. Byli to wzięci przez Niemców do niewoli żołnierze. Duże grupy tych głodzonych i obdartych jeńców zatrudniano przy ziemnych robotach. Przechodnie podawali im papierosy i kawałki chleba.
Największy obóz jeniecki znajdował się w pobliżu odwiedzanych przeze mnie Grabowiec. Ogrodzono tam drutem kolczastym teren byłego lotniska i trzymano na nim pod otwartym niebem setki, a może i tysiące młodych mężczyzn. Wyglądało na to, że zostali skazani na śmierć z zimna i głodu. Współczułem im. Pewnego dnia, w czasie jesiennej szarugi, z uznaniem przyglądałem się odważnym poczynaniom kilku wiejskich kobiet, które przydźwigały wielki kocioł wypełniony gorącymi ziemniakami i sypnęły nimi pod nogi wyczekujących za ogrodzeniem jeńców. Ten przejaw zwykłej, ludzkiej solidarności wzruszył chyba nawet niemieckich strażników, bo udali, że nie zauważyli zbiegowiska na skraju obozu.

Edwin Walter

niedziela, 22 lutego 2015

11. Niezwykli ludzie


Kazimierz Podhajecki ma ponad siedemdziesiąt  lat, mieszka w Stryju przy ulicy Łesi Ukrainki 57. Jego twarz zdobi wysokie czoło i z fantazją zakręcony wąs. Siedzi przy biurku, na którym ustawiona jest miniaturowa rzeźba, przedstawiająca Józefa Piłsudskiego.
– Mam zostawić Stryj sierotą? – odpowiedział na pytanie czy chce przenieść się do Polski.
Rozmowę prowadził redaktor Stanisław Auguścik podczas robienia zdjęć do filmu z cyklu reportaży z kresów wschodnich. Jego film o Stryju skopiowałem i przechowuję w domowej wideotece, aby co jakiś czas zajrzeć na kilka chwil do mojego rodzinnego miasta. Starszy ode mnie o dziewięć lat Kazimierz Podhajecki stał się poniekąd moim znajomym. Słuchając jego opowieści staram się zrozumieć, co go skłoniło do pozostania w opuszczonym przez Polaków środowisku. Przyjmuję jego wyjaśnienie.
– Za księdza Cisły my, ministranci, przysięgali, że nie opuścimy naszej matki, Królowej Korony Polskiej i tej przysięgi nigdy nie chcę złamać. Zostanę tu dopóki żyć będę.
Wierny strażnik polskości Stryja musiał jednak wcześniej opuścić swoje miasto na szereg lat. Z chwilą wycofania się stamtąd okupantów niemieckich udał się wraz z oddziałem Armii Krajowej w lasy kieleckie. Gdy wrócił do Stryja, to sowieccy „wyzwoliciele” z miejsca go aresztowali. Przez siedemnaście dni czekał na wykonanie wydanego na niego wyroku śmierci, ale zmniejszono mu tę karę na dwadzieścia lat katorgi. Po jedenastu latach pobytu w łagrach powrócił do Stryja. Inni, którzy opuścili to miasto, wracali i jeszcze wracają do niego już tylko myślami.
Urodzony tam Mieczysław Magiera napisał w Londynie:
Na herbie bluźniercza czerwona blizna
Zdradzony bastion, Sobieskiego chluba
Za drutem kolczastym cenna polska zguba
Mój Stryj rodzinny, to moja Ojczyzna.
Znany skamandryta Kazimierz Wierzyński też nie mógł zapomnieć o Stryju, chociaż przeżył w nim tylko kilka lat jako gimnazjalista. Jego wiersz „Do Leopolda Staffa” zaczyna się od słów: „W małym mieście (z którego tu wszyscy się śmieją)”. W jednej z kolejnych strof tego utworu brzmi już jednak całkiem inny ton:
A jeśli już mam wyznać pragnienie najszczersze,
Chciałbym bardzo, by nie zgasł mój głos bezpotomnie
I w miasteczku odległym ktoś myślał tak o mnie,
Jak ja o tobie, niosąc pod pachą me wiersze.
Stryjskie motywy można rozpoznać w wielu utworach tego wspaniałego poety. To niewielkie, galicyjskie miasto, w którym rozmawiano po polsku, ukraińsku, w jidysz, a często też po ormiańsku i niemiecku, wyróżniało się jakąś szczególną atmosferą, stanowiącą dobrą pożywkę dla wszelkiej artystycznej twórczości.
Ze Stryja pochodził m.in. autor powieści „Szatan z siódmej klasy” oraz innych bardzo pogodnych i popularnych utworów literackich, Kornel Makuszyński. Tamże się wychował i wykształcił w polskim gimnazjum znany pisarz Julian Stryjkowski. Szkoły średnie tego miasta reprezentowały dobry poziom. Upewniłem się w tym przekonaniu słuchając pełnych erudycji wspomnień kilku odnalezionych gdzieś w Polsce przez red. Auguścika absolwentów stryjskich szkół: Adama Wandalskiego, Mieczysława Barańskiego, Czesława Lasoty i innych. Odniosłem przy tym wrażenie, że ci ludzie są bardzo dumni z miejsca swojego urodzenia. Jak podkreślali, ze Stryjem związanych jest wiele nazwisk wybitnych przedstawicieli nauki, kultury, sztuki, polityki i wojskowości.
W okresie Wiosny Ludów stryjskim gimnazjalistą był Artur Grottger, który zasłynął później jako grafik i czołowy przedstawiciel polskiego malarstwa romantycznego. W wiejskim dworku pod Stryjem żył przez pewien czas i tworzył Kornel Ujejski, autor „Maratonu”, apoteozy walki o wolność. Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stryju ukończyli m.in.: znany śpiewak operowy Andrzej Hiolski, wybitny reżyser teatralny Wilam Horzyca oraz trzykrotny premier rządu przedwojennej Polski Kazimierz Bartel. Z tego miasta pochodził też bohater dwóch wojen światowych, legendarny dowódca 21. Dywizji Piechoty Górskiej, gen. Józef Kustroń. Do tej plejady wspaniałych nazwisk zaliczyłbym również urodzoną w Stryju, a znaną wielu mieszkańcom Szczecina, Janinę Szczerską, znakomitego pedagoga, organizatora i długoletniego dyrektora I Gimnazjum i Liceum przy al. Piastów. Po ukończeniu studiów we Lwowie pierwsze doświadczenia nauczycielskie Janina Szczerska zdobywała w jednym z gimnazjów swojego rodzinnego miasta. Później uczyła i wychowywała szczecińską młodzież. Ta otaczana wielkim szacunkiem nauczycielka zmarła w Szczecinie 10 lipca 1981 roku przeżywszy 84 lata. Od tamtej daty minęło już kilkanaście lat. Czas wciąż mija, ale najmłodsi Polacy ze Stryja jeszcze żyją. Jak sądzę, pozostaje jeszcze przy dobrym zdrowiu Kazimierz Podhajecki, stanowiąc w tym mieście żywy symbol minionej epoki.

Edwin Walter

niedziela, 25 stycznia 2015

10. Lwowskie flaki


Z różnych specjałów lwowskiej kuchni najbardziej smakował mi karp po żydowsku, przyrządzany domowym sposobem przez pewną starszą panią we Wrocławiu. Nie mam zresztą pewności, czy to, co najchętniej jadali lwowiacy i inni mieszkańcy Galicji wschodniej można nazwać kuchnią lwowską. Była to raczej kuchnia staropolska, urozmaicona przeróżnymi zapożyczeniami. Składały się na nią m.in. wystylizowane potrawy miejscowych Rusinów, a także dania kuchni wiedeńskiej. To i owo podpatrzono też na stołach zasiedziałych tam coraz liczniej Bułgarów. Osadnicy z Bułgarii zajmowali się głównie uprawą papryki, warzywa wcześniej mało u nas znanego.
Ulegając obcym wpływom kulinarnym lwowiacy nie zatracali jednak własnego wyczucia smaku i gustu i dlatego można chyba mówić o istnieniu kuchni lwowskiej. Niestety, jej znakomite walory poznałem w pełni dopiero w późniejszym wieku, bo jako dziecko karmiony byłem przeważnie mlekiem i kaszkami, których zresztą nie lubiłem. Często mnie pouczano, że jeszcze muszę zjeść dużo kaszy, żeby stać się dorosłym. Zastanawiałem się w związku z tym, dlaczego dorośli też jadali kasze, chociaż nikt ich do tego nie przymuszał. Nie gardzono gryką, kukurydzianką i jęczmienną perłówką. Z kaszy jaglanej przyrządzano słodkie potrawy, a nawet desery.
Gdy przestała mnie obowiązywać dziecięca dieta, to właśnie wybuchła wojna i nawet kasz zabrakło. W pierwszych powojennych latach w wielu domach też trudno było prowadzić kuchnie według upodobań. Z mięs jadano przeważnie dorsze, wówczas bardzo tanie. Wcale się nie dziwię, że ta smaczna ryba, zarezerwowana przed wiekami we Francji wyłącznie dla królewskiego stołu, w końcu się Polakom przejadła. Jakiś humorysta wymyślił więc niby reklamowe hasło: "Jedzcie dorsze, g... gorsze!". Inny satyryk wyznał, że z dań rybnych najbardziej lubi kotlet schabowy. Zgadzałem się z tymi prześmiewcami jak najbardziej.
Tylko niektórym ludziom wiodło się na tyle dobrze, iż mogli dogadzać swoim żołądkom na wszelkie sposoby. Na stosunkowo wysokim poziomie prowadzono na przykład kuchnię w domu moich krewnych z Wrocławia. Przy tej pochodzącej ze Lwowa rodzinie mieszkałem przez pewien czas jako student, korzystając również z przyrządzanych w jej domu posiłków. Później zapraszano mnie tam na niedzielne obiadki. Pierwsze danie stanowił dość często rosół. Był on zawsze tak smaczny, że nie wymagał dodatkowych przypraw. Tę jakość uzyskiwano dzięki wzbogacaniu mięsnego wywaru nie tylko smakiem typowej włoszczyzny, ale i grzybkiem, kilkoma fasolkami i kawałkiem kalafiora. Nie przejawiam kucharskich zapędów, ale właśnie te rosołki sprawiły, że zacząłem się co nieco interesować wszelkimi kulinariami, a lwowską kuchnią w szczególności. Na drugie dania podawano takie delikatesy, jak nerkówka cielęca z nadzieniem i nóżki cielęce, smażone w cieście. Na tym tle zupełnie prozaicznym daniem były np. zrazy zawijane z kaszą gryczaną.
Specyfikę kuchni lwowskiej najłatwiej można odróżnić od każdej innej degustując popularną w całej Polsce potrawę z flaków wołowych. Podawane w restauracjach flaki po warszawsku są szare, pełne zasmażki i wymagają wsypania do nich ostrej papryki, przez co tracą swój charakterystyczny smak. Flaki po lwowsku gotuje się w dużej ilości warzyw i to sprawia, że stają się rozkoszą dla podniebienia.
W czasie moich studiów we Wrocławiu, były to wczesne lata pięćdziesiąte, z ciekawości i łakomstwa wstępowałem na obiady do Fonsia. Ten lwowski mistrz rondla i patelni prowadził przy ulicy Szewskiej małą, dość ekskluzywną restaurację, odwiedzaną regularnie między innymi przez ceniących dobre jadło profesorów Uniwersytetu i członków palestry. Był to lokal bez szyldu, a więc jakby zakonspirowany. Mimo to z powodzeniem konkurował z dotowanymi przez państwo dużymi zakładami gastronomicznymi, takimi jak "Monopol". Do restauracji Fonsia pasowałaby z pewnością nazwa "Lwowianka", ale z wiadomych względów takie nazewnictwo było na indeksie. Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że u Fonsia jada się jak we Lwowie, a więc po prostu dobrze.
Politycznym ustępstwem ówczesnych władz było wprowadzenie do jadłospisów barów mlecznych dwóch typowo lwowskich potraw: barszczu i pierogów z ziemniaczanym farszem. Zawsze zaznaczano jednak, że to barszcz ukraiński a pierogom nadano nazwę ruskich. Stało się to przyczyną dowcipów. Podśmiewano się z przypisywanej jakiejś kuchace odzywki, że "ruskie wyszli". Nikt nie przypuszczał, że były to prorocze słowa.
Nawiasem mówiąc, podawane w barach mlecznych pierogi były najczęściej twardymi gniotami, zaprawionymi przypaloną cebulą. Naprawdę dobre pierogi z ziemniakami potrafią przyrządzić panie, znające tajniki lwowskiej kuchni. Dodam, że może to być całkiem interesujące jadło, jeśli zostanie okraszone skwarkami z grubo pokrojonego boczku i polane dobrze zakwaszoną śmietaną.
W wydanej przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne "Kuchni polskiej" znajdują się m.in. przepisy przyrządzania prawie wszystkich znanych mi potraw kuchni lwowskiej. Widać, że stanowi ona jeden ze składników naszych ogólnopolskich tradycji kulinarnych. Przepisy to jednak nie wszystko. Tak mówi Krystyna, moja żona, która urodziła się w Stryju i wie, jak się naprawdę gotuje po stryjsku czy lwowsku. To nic, że wyjechała z Galicji w wieku trzech lat i wychowała się na Śląsku. Gotowania nauczyła się od rodziców. Korzystam na tym, bo na naszym stole pojawiają się wciąż różne galicyjskie przysmaki. Przy takich okazjach zastanawiamy się czasem nad dziwnymi kolejami losu, który w naszym przypadku sprawił, że poznaliśmy się w Szczecinie, nie wiedząc początkowo o tym, że oboje pochodzimy ze Stryja.

Edwin Walter

wtorek, 6 stycznia 2015

9. Jordan



Co roku, w dniu Trzech Króli według kalendarza juliańskiego, stryjscy grekokatolicy organizowali obrzędy upamiętniające chrzest Chrystusa, dokonany rzekomo w palestyńskiej rzece Jordan. Podobne obrzędy, którym nadano nazwę Jordan, odbywały się też w wielu innych galicyjskich miejscowościach, zamieszkiwanych przez Ukraińców, zwanych Rusinami. Rzecz polegała na zanurzaniu krzyża w wodach strumienia albo rzeki. W Stryju, położonym nad piękną, górską rzeką Stryj, to święto przybierało szczególnie uroczysty charakter. W czasie styczniowych mrozów skuta lodem rzeka z pewnością nie przypominała ciepłego Jordanu, ale uczestnikom obrzędu nie psuło to nastroju.
Nad brzegiem Stryja budowano ołtarz z lodu, przy którym odprawiana była msza ekumeniczna. Do tradycji należało bowiem zapraszanie na Jordan wyznawców Kościoła rzymskokatolickiego. Były to zresztą bardzo ceremonialne spotkania, zaczynające się w centrum miasta. Po zakończeniu południowej mszy grekokatolicy wychodzili przed cerkiew z chorągwiami. W tym samym czasie podobny orszak ustawiał się przed kościołem parafialnym. W pewnym momencie rzymscy katolicy podchodzili do ludzi zgromadzonych przy cerkwi, witano się symbolicznie poprzez skrzyżowanie drzewców chorągwi, aby zaraz ruszyć we wspólnej procesji w stronę rzeki.
Uczestnicy pochodu szli wśród przykrytych śniegiem łęgów po przetartej przez pług drodze. Poboczami podbiegały na czoło procesji gromady dzieci, z trudem pokonując śnieżne zaspy. Rozlegały się przy tym wesołe okrzyki i nawoływania, co psuło może powagę chwili, ale nikogo to nie zrażało, bo cały obrzęd nie był pozbawiony elementów zabawy. Przypominał raczej jakiś zimowy festyn. Oprócz krótkiej mszy zawsze głównym punktem programu była kąpiel kilku dzielnych mężczyzn w lodowatej wodzie.
W czasie kolejnych Jordanów poprzedzających wybuch wojny ten popisowy pokaz demonstrował pewien leśniczy z dwoma swoimi synami. Cała ta trójka zanurzała się w wolnym od lodu nurcie rzeki. Był to dość niebezpieczny wyczyn, bo oprócz zimna zagrażał też pływakom szybki prąd wody, ale wychodzili oni z tych opresji cało i zdrowo. Natychmiast po kąpieli podbiegali do stojących na brzegu sań i okrywali się ciepłymi futrami.
Obchody Jordanu były w Stryju popularnymi imprezami, które mieściły się w starych tradycjach zakorzenionej w tym mieście religijnej tolerancji. Było to o tyle ciekawe, że prawo magdeburskie, na którym Stryj się opierał, wykluczało inne wyznanie oprócz rzymskokatolickiego. To prawo było ściśle przestrzegane w miastach Zachodu, ale nie w Stryju. Już król Jan Kazimierz swoim dekretem z maja 1650 roku poddał pięć stryjskich cerkwi pod wyłączny zarząd działających przy nich bractw religijnych. Podobnie sprzyjał wyznawcom kościoła prawosławnego i grekokatolikom były starosta stryjski, a późniejszy król Jan III Sobieski. Uwolnił on cerkwie od podatków na zamek, uzasadniając swoją decyzję chęcią wyrażoną słowami: "by kult Boży w cerkwiach mnożył się w całym państwie".
Polityka Sobieskiego wobec ludności rusińskiej miała zresztą szerszy wymiar. Król ten udostępnił grekokatolikom możliwość obejmowania różnych urzędów i sprawowania honorowych funkcji społecznych. Antoni Prochaska w opracowanej przez siebie "Historii miasta Stryja" napisał m.in.: " Zasady równouprawnienia narodowościowego i wyznaniowego pod wpływem prawa polskiego przeniknęły wreszcie nawet i skrzepłe, nieużyte a szorstkością i brakiem miłości bliźniego nacechowane prawo niemieckie". Budowane na takich fundamentach stosunki między Polakami i Rusinami układały się całkiem dobrze, o czym świadczyły m.in. wspomniane przeze mnie wspólne obchody święta Jordan. Zdarzały się wprawdzie w pewnych okresach konflikty, wywoływane przez nacjonalistycznie usposobione elementy, ale - jak można sądzić - były to głównie efekty politycznej oraz ideologicznej ingerencji obcych państw.

Edwin Walter

poniedziałek, 22 grudnia 2014

8. Przy jednym stole

Zawsze bardzo nastrojowe święta Bożego Narodzenia na całym galicyjskim Podgórzu miały zwykle piękną, śnieżną oprawę. Był to efekt występującego tam klimatu, który charakteryzuje się dużą wilgotnością i niskimi temperaturami w okresach zimowych. Widziałem w Stryju, z jak wielkim trudem odkopywano zasypane śniegiem chodniki. W takich warunkach nikt nawet nie probował odśnieżać jezdni. Na ulicach pojawiały się więc sanie. Ciągnące je konie miały przytroczone do uprzęży dzwoneczki, których delikatne dźwięki stanowiły jakby muzyczne tło do zimowych scen.
Tak jak wszędzie, na tworzenie świątecznego nastroju składał się też widok wnoszonych do mieszkań jodełek lub świerków. Dbano o to, żeby te drzewka były szczególnie dorodne. W domu mojego dziadka bożonarodzeniowe choinki sięgały aż po wysoko sklepiony sufit. Przywożono je z karpackich lasów, z okolic Worochty, znanej zresztą miejscowości wypoczynkowej.
Pod pięknie ozdobionym drzewkiem, a raczej drzewem, układano prezenty dla wszystkich członków rodziny, składającej się z dziadka, babci oraz ich trzech synów i pięciu córek, również z zięciów i synowych, a także z najmłodszego przychówku, do którego ja należałem. Młode małżeństwa miały osobne mieszkania, ale podczas wigilijnej wieczerzy wszyscy ci ludzie spotykali się w swoim pierwszym mateczniku, zarządzanym starannie przez dbającą o utrzymanie tradycji babcię Karolinę. Zachowywano się przy tym bardzo uroczyście. Mężczyźni rozluźniali krawaty dopiero, gdy rozpoczynało się śpiewanie kolęd.
Zdążyłem przyjść na świat dość wcześnie, aby przeżyć i zapamiętać tak właśnie obchodzone święta. Straciły one wiele swojego uroku w latach sowieckiej, a potem niemieckiej okupacji, gdy ludziom zajrzała w oczy bieda. Oczywiście nigdy nie brakło nam śniegu i choinek. Dzięki szczególnym staraniom zdobywano też jakieś produkty żywnościowe na świąteczne kolacje i śniadania. Wszelkie braki nadrabiano optymizmem.
W czasie bardzo ponurej okupacji sowieckiej śpiewane przez nas kolędy przypominały jakieś mruczanda, ale gdy przyszli Niemcy, to przynajmniej w czasie Bożego Narodzenia można było pośpiewać głośno. Ci kolejni okupanci traktowali wyjątkowo pobłażliwie wieczorne, a nawet nocne wędrówki dość licznych grup kolędników. Właśnie w tym czasie nasz dobry znajomy, absolwent sławnego gimnazjum jezuickiego w Chyrowie, na kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem postanowił przygotować nam jasełka na podobieństwo widowisk, jakie urządzano ongiś co roku w jego uczelni. Dość zręcznie wykonał z kartonu i drewna głowy: tura z kłapiącą szczęką, osła z długimi uszami i makietę jakiegoś innego jeszcze zwierzęcia. Do tej menażerii dodał maski: śmierci, diabła, króla Heroda i pięknie podświetlaną od środka gwiazdę. W czasie świąt ruszyliśmy z tymi rekwizytami i kolędą pod okna mieszkań naszej szeroko rozgałęzionej rodziny i zaprzyjaźnionych z nami sąsiadów. Nie muszę dodawać, że nasza artystyczna grupa wyróżniała się korzystnie wśród chodzących od domu do domu kolędników i wszędzie przyjmowana była z dużym aplauzem.
W stryjskim środowisku, składającym się m.in. z Polaków i Ukraińców, okres Bożego Narodzenia trwał praktycznie o dwa tygodnie dłużej niż w innych miastach i rejonach, zasiedlonych wyłącznie przez ludność naszej narodowości. Gdy my obchodziliśmy święto Trzech Króli, to Ukraińcy, jako wyznawcy Kościoła wschodniego, szykowali się dopiero do wieczerzy wigilijnej. Ta różnica w kalendarzach dzieliła jednak tylko pozornie te dwie grupy społeczeństwa. Często się bowiem zdarzało, iż Ukraińcy byli zapraszani na świąteczne poczęstunki do polskich domów. Później, gdy oni mieli swoje święto, to Polacy składali im rewizyty.
Przy takich okazjach przekonywano się, że świąteczne zwyczaje i tradycje ludzi tych dwóch narodowości niewiele się różnią. W jednym i drugim przypadku obowiązywał nawet taki sam jadłospis. Jak mi wiadomo, na ukraińską wieczerzę wigilijną podawano podobnie jak w polskich domach dwanaście dań, jeśli było to możliwe. W tym zestawie nie mogło zabraknąć ulubionego przez wszystkich barszczu z uszkami, smażonych karpi, pierogów z kapustą i grzybami oraz kutii, przyrządzanej z ugotowanych ziaren specjalnie oczyszczonej pszenicy, maku, miodu i różnych bakalii. W zasadzie nie wiadomo, kto od kogo przejął te kulinarno-świąteczne zwyczaje. Utrzymywany też był zwłaszcza na wsi wspólny zwyczaj podkładania pod obrusy garstek siana, rozsypywania na podłogach słomy oraz ustawiania po kątach izb snopków różnych zbóż, które miały być dobrą wróżbą na następny rok, a cała izba z rozrzuconą po niej słomą miała przypominać biesiadnikom betlejemską stajenkę.
Kalendarzowe podziały traciły na znaczeniu wobec wspólnego spoiwa, jakim okazywały się te jednakowe tradycje i zdarzające się spotkania przy świątecznych stołach. Takie kontakty były szczególnie cenne w czasach wojny, gdy sowieccy i hiterowscy najeźdźcy dążyli do skłócenia naszych dwóch, od wieków zżytych  z sobą narodów.

Edwin Walter